Kamila Kasprzak (39)

Kamila Kasprzak

 

Słońce i cień

W słońcu rodzi się życie
zdrowe, godne, piękne
i podnosi głowę do nieba,
bo ciągle pragnie więcej.

W cieniu bywa gnuśnie,
a zatęchłe istnienie
pomyka chyłkiem ulicą
depresyjnie ciemną.

W słońcu widać przestrzeń
niedomkniętą murem
i skąpaną w zieleni,
gdzie dla wszystkich miejsce.

W cieniu są podziały
na bogatych i biednych,
sytych na zdrowej ziemi
i chorych w suterenie.

I wreszcie w słońcu
artysta jest pełny
światłego entuzjazmu
i boskiej energii.

A w cieniu twórca
lękliwy się staje
zaniża swą wartość
zaczyna biczowanie...

 

 

Kiedy przyszli... 2015 albo rzecz o polskim społeczeństwie

Kiedy przyszli po strajkujących
nie protestowałam,
bo nie byłam na śmieciówce,
lecz w ciepłym urzędzie
z godną płacą i osłonami.

Kiedy przyszli po feministki
nie protestowałam,
bo nie byłam nią otwarcie,
tylko słodką kobietką
co śmiechem zbywała wolność.

Kiedy przyszli po obrońców państwa
nie protestowałam,
bo nie lubiłam podatków
niczym liberał,
ale chciałam mieć za nie wszystko.

Kiedy przyszli po ateistów
nie protestowałam,
bo religia się przydaje
gdy rodzinnie udaję
kogoś, kim wcale nie jestem.

Kiedy przyszli po antyfaszystów
nie protestowałam,
bo zamykam oczy na nienawiść
i myślę, że zniknie
sama z siebie jak w bajce.

Kiedy przyszli po lesbijki
nie protestowałam,
bo jestem hetero bez zboczeń,
a innym odmawiam
po chrześcijańsku miłości.

A kiedy po mnie przyszli
nikt nie protestował,
bo nikogo już nie było
żadnej wspólnoty
tylko dziki kraj którego dosyć!

Wiersz inspirowany utworem niemieckiego pastora Martina Niemollera pt. „Kiedy przyszli...”, napisanym w obozie w Dachau w 1942 roku.

 

Mr. Corbeau

 

Hej panie Kruk
zbudujemy dom
nowy kwadratowy
na nogach betonowych.

 

Słońce wleje się do środka
przez wstęgowe okna
i rozjaśni byt
szarej egzystencji.

 

Hej panie Kruk
zieleń będzie wszędzie
naszym sprzymierzeńcem
tak czyste otoczenie
jak pierwsza myśl.

 

Dźwigniemy w górę
to co na dole
wstyd będzie chwałą,
a chwała postępem.

 

Hej panie Kruk
gdy funkcja zatańczy
na grobie formy
świat znów odżyje
i stanie się wolny.

 

Zdrowy jak atleta
przyniesie odwagę
rozumnej wyobraźni
nadzieję i wiarę.

 

 

1944... ciąg dalszy

 

„Patryjoci”

 

W dzisiejszej rzeczywistości
względnie bezpiecznej Polski
strugają bohaterów
w powstańczych koszulkach
i komciach w necie
nie mając pojęcia
o
 grozie tamtych dni
znaczonych uciekającą nadzieją.

 

Lewica

 

Ciągle kontestując
z potrzeby lub na przekór
modnej martyrologii,
co znów oficjalnie
nie każe myśleć, lecz czcić,
a można przecież
odzyskiwać dzieje,
ale to już trudniejsze...

 

Dzieci

 

Powinien zniknąć na zawsze
ten Mały Powstaniec
i zakończyć służbę,
bo miejsce dzieci
jest w piaskownicy,
a nie z bronią w ręku,
napisał mniej więcej
duży kolega Maciek.

 

Serce

 

Każda masakra,
gdzie giną ludzie jest głupia,
ale widok ofiar rozdziera serce
tych warszawskich
i palestyńskich,
t
ylko dlaczego
ciągle nie chcemy
wyciągać wniosków...

 

            *  *  *

 

Jest i nie ma...

 

Przyjaźń jest krucha jak szkło
i rozbita tak samo kaleczy,
gdy nie masz już duszy pokrewnej
i myśli swych komu powierzyć.

 

Upada socjalizm uczuć
ponura reakcja uderza do głowy
już nigdy nie smakują tak samo
jedzone samotnie pierogi.

 

Bez ciągłego słowotoku
radosnej wrzawy wsparcia,
gdzie pomoc wzajemna
miała być niezdarta.

 

Upływają dni bez smaku
pozbawione nadziei
jak deszczowa pogoda
i pragnienie śmierci.

 

Brak przewrotnych żartów
telepatycznych rac zrozumienia
sprawia, że zostaje tylko
uszczypliwy jad milczenia.

 

                *  *  *

 

 

Dobre chęci

 

Chciałabym czekolady

całą tabliczkę.

Chciałabym bilet

na koncert rockowy.

Chciałabym przemierzać trasy bliższe,

bo od czegoś trzeba zacząć.

Chciałabym Oldze Tokarczuk

pogratulować heterotopii, i sama

chciałabym zmienić świat.

Tak żeby byt pełniejszy

był jak świadomości brama.

Chciałabym mniej łez na co dzień

u dalekich i bliskich.

Chciałabym aby tulipany

kwitły cały rok,

a empatii starczyło dla wszystkich.

Chciałabym bez więzień i skazanych

wymierzać sprawiedliwość.

I chciałabym jeszcze

wielu opowieści,

bo w jednym wymiarze

totalitarnie i strasznie

nam się pomieścić.

 

 

Michael K. do potęgi n-tej

Zrozumieć innego
to może lepiej
o nic nie pytać
z wyższością,
rozwojem cywilizacji
nie mierzyć,
gdy ten skulony
na zimnym betonie
samotnie leży
w alienacji
przez ten cały
kulturowy kapitalizm.

Gdy niczym kamień
wyrwany z natury
nie umie i nie chce
zostać poddanym
wolnego rynku
zniewolenia,
globalnego kapitału,
bo chciałby powoli
doświadczać istnienia,
a to przecież
całkiem pozbawione
wszelkiego zysku...

                 (utwór inspirowany „Życiem i czasami Michaela K.” Johna Maxwella Coetzee’go)



 

Patron

 

Zapewne spali się
w gorącej polemice
pozostawiając po sobie
popiół myśli
co wrzucony w ziemię
jałowe refleksje
swym bogactwem użyźni.

Albo zapomniany
samotnie sczeźnie
w monolicie tradycji
szlachetczyzny
próbując pokonać
do samego końca
ten nowotwór bezmyślny.

A może w czarną noc
pozbawioną gwiazd
ze słonecznej Florencji
zechce raz jeszcze
powrócić do domu
i dumnym autarkomen
napełnić serce...

                                                 Stanisławowi Brzozowskiemu

 

Germinal

 

Czysta myśl
umorusana
węglowym pyłem
kiełkuje w głowie
styranego ciała.

 

Niezłomna nadzieja
ma jasne oblicze,
gdy pyta o szczęście,
bo zawsze umiera
ostatnia.

 

Przebijając skorupę
starego świata
łaknie sprawiedliwości
codziennie
jak wody i chleba.

 

Marcowo-kwietniowy
powiew wolności
co buzuje szaleństwem
już puka do drzwi
i rozgrzewa serca...

 

         ***

Do M...

 

Dziś wiem,
że tego słowa
nie ma w twoim słowniku,
ani w książkach,
które czytasz po cichu
z fachowym zamyśleniem,
rozkładając
na czynniki pierwsze
wolność.

 

Jednak,
bez szaleństwa
powszechnej równości,
twoje analizy
ugrzęzną w nicości
kryształowego pałacu
prywatnej utopii
egotycznego
przygnębienia.

 

 

       ***

Credo

 

Już nie boję się wiernie trwać
jak przedwojenny socjalista
spod znaku trzech białych strzał
w obronie tych, co sami nie umieją.

 

Albo iść dumnie drogą pod prąd
narodowych zaklęć i dogmatów,
choćby nawet pluli i mieli kląć,
a na końcu czekała twierdza brzeska.

 

I z otwartym umysłem czułego serca
bez lęku dla zmian, które nadejdą,
czynić świadomym każdego człowieka
w rewolucyjnym przebudzeniu myśli.

                                               

                                                                     Adamowi Ciołkoszowi

                 ***

 

Majowa pieśń

 

Czerwone tulipany
jak proletariat
trzepoczą na wietrze
niczym sztandar
i w rozchylonych płatkach
niosą zalążek nadziei.

 

Dla robotnika
końca historii
pragną odczarować
demony przeszłości
różdżką z pręcików
zagoić rany.

 

Dumne i dorodne
z daleka od fałszu
cynicznych gier władzy
przewrotnych czasów
na mięsistej łodydze
hodują wiarę.

 

Słodkie wyzwolenie
co przenosi góry
ludzkiego egoizmu
i religijnej obłudy
w empatycznym manifeście
zielonych liści.

 

 

      ***

 

Depressio nervosa

 

W społeczeństwie,
a może poza
z fobiami i lękiem
nerwicą natręctw
pod kloszem apatii
schowana w dole
głębokim jak krater
albo Rów Mariański.

 

Pogrąża się w sobie
coraz skuteczniej
babrze w emocjach
rozgrzebując rany
niewidzialne dla świata
w paranoi znaczeń
neurotycznych dni
liczy płyty w chodniku.

 

I w delirium smutku
szaroburej przyszłości
stoi i rzyga
pesymizmem uczuć:
beznamiętnie
bezboleśnie
nieostrożnie
spada...

                                  (utwór inspirowany „Drobnymi szaleństwami” Kai Malanowskiej)

              ***

UTOPISTE DEBOUT

 

Czy zastanawiałeś się kiedyś,
że trwałość mostu
może naprawdę zależeć
od najsłabszego przęsła?

 

Albo lepiej, ze życie dla innych,
może być jak oddychanie
naturalne i proste
bez rynkowych przeliczników
zysków i strat?

 

Czy wiesz, że socialis
znaczy społeczny i wspólny,
tylko dlaczego historia
to wszystko tak wykrzywiła?

 

Brodaty geniusz
pewnie by dziś zapłakał,
albo naniósł korektę
z dobitnym zastrzeżeniem
- nie dla idiotów!

 

A my? Nosimy welwetowe swetry
i stajemy się bardziej czerwoni
jak śpiewał Grabaż,
czekamy na spełnienie utopii...

 

       ***

(Stanisławowi Lemowi i społecznym odmieńcom)

 

Nasz Szpital Przemienienia
nie pyta o prawdę
w esesmańskim szale,
kolejnej porcji bromu
przy zamkniętym oknie
i cynicznym uśmiechu lekarzy.

 

Nasz szpital jest i trwa,
bo każdy z nas to wariat,
tylko cokolwiek dalej
może nieco inaczej
bardziej bezpieczny dla świata,
więc dlatego wolny...

 

Nasz szpital to grób
tej odmiennej normy,
co skomli w izolatce
nie znajdując formy
dla myśli skołtunionych,
jasnych, czarnych i czerwonych.

 

    ***

Abramowszczyzna, albo samotność...

prawda i światło
sięgają serca
rozniecając wiarę,
że pomoc wzajemna
i zacne dążenia
są ogniwem człowieka,
rajem utraconym
pierwotnego braterstwa.

 

Lecz jeśli materia
idee przewraca
do góry nogami,
bo każe posiadać
i egoizm chwalić,
a w fetyszyzm
jak zarazę
życie przyobleka...

 

...wtedy w walce
zostajesz sam,
niczym wrzód systemu,
co zbyt obrzydliwie
i pięknie zarazem
chciał służyć drugiemu...

 

      ***

Antikapitalista

A, anti, antikapitalista – 20 marca 2010r. na ulicach Poznania, w obronie Rozbratu.

Już nie ma nic...
skoro można stracić
wiarę w człowieka
i pomnażać zysk,
a potem
zmęczonym wzrokiem
ściskać banknoty
jak bilety do szczęścia.

 

Już nie ma nic...
kiedy czas twój
pozbawiony szacunku
zamieniasz w pył
identycznych dni,
co pod płaszczem nihilizmu
chowają się tchórzliwie
jak pluskwy.

 

Już nie ma nic...
więc na co czekasz
syty i wolny niewolniku
życiowej korporacji,
możesz spokojnie odejść
pogrążony w egoizmie duszy
albo zacząć szukać
empatycznej wspólnoty myśli...

 

    ***

FANTASMAGORIA

 

Fantastyczne jarzenie
zatapiam w nieosiągalnym
błękicie twych oczu
przyjacielu...

 

Nim gwiezdne wojny przeżyć
rzucą nas na pastwę
straconych nadziei
chyba, że w tej walce
spojrzymy ku sobie...

 

Lecz gdy Bóg nie raczył
dać melanżu jasnowidzenia
byśmy na wspólnej drodze
spotkali się wcześniej...

 

Pozostaną niespełnione sny
osobnych idei
nieoswojonych dni
dziecięca choroba pragnienia,
która kiedyś przeminie...

 

I suche noce
bez łez tęsknoty
możliwości sprawdzenia,
czy byliśmy pisani...

 

      ***

 WIOSNA BEZ ZMIAN NIE PRZEJDZIE

 

Wiosna to śmierć
odmiennej myśli
przebiśniega biel
splamiona krwią zapatysty,
co na własnej ziemi jest nikim.

 

Wiosna to samotność
w metropolii traw,
kiedy szukając
podobnych sobie
jesteś jak Marks
w kapitalizmie.

 

Wiosna to ból
ulotnego istnienia
nieuchwytny świat,
co za szybko ucieka
utopia jutra
z niemożnością spełnienia.

 

I w końcu wiosna
to jaskółka zmian,
ostatnia nadzieja
na własny czas,
gdy dla gnuśnych chwil
zakrzykniesz – NO PASARAN !

 

            ***

MIŁOŚĆ I REWOLUCJA

Przychodzi z wiosennym słońcem
roztapia marazm w sercu
i wodzi głowy gorące
na stratę, na pokuszenie.

Do wiary dolewa chęci
jak pąki pieści nadzieję
i spuszcza emocje z uwięzi,
pogrąża życie w szaleństwie.

Nie baczy na święte prawa
zasady i konwenanse,
gdy liczy się jedna sprawa,
namiętny zryw pięknej szansy.

Bo miłość i rewolucja
z jednego wyrasta korzenia
i jeden ma imperatyw
by byt w utopię zmieniać.

           ***

        JACEK


W kurtce z błękitnego dżinsu
do końca zachował wiarę
w utopijny projekt zdarzeń,
co wciąż naiwnie czeka
na transformację
ludzkiego serca.

W termosie przy sobie
ogrzewał nadzieję,
żeby nie wystygła
gdy znów nowe dzieje
propagandą sukcesu
ludzi zasmucą.

I w zupie rozdanej,
o której niewielu wie,
że była przypadkiem,
równości miarą
wartość szczęścia oblicza,
które zależy przecież... od godnego życia.

 

           ***


     Lady Batory

W ciemnych komnatach
mrocznych pokojach
przechadza się dama
krwią zbroczona
wiecznej niełaski.

Swym szklistym wzrokiem
nieobecności
za szczęściem wodzi
wyzuta z miłości,
lecz czy okrutna?


W królewskim rodzie
niemiłowana
stracona na wieki
w kamiennych ścianach
zastygłej nicości.


Czarna orchidea
płaszczem koszmaru okryta
skuszona przez mary,
której nikt nie pyta
o prawdę...

 
           ***


Deutsche Oper
2 czerwca 1967 roku...


Ulica
to ostateczność.
Brunatny asfalt przeciw brunatnym.
Miejska partyzantka.
Pałki, zapałki, kije.
Pięści, kajdanki, kamienie.
Przemoc z pacyfizmem
wymieszana
bardzo toksycznie.
I czerwona gwiazda
na cokole myśli,
nie-winnej wiary sztandar.


Przeciw hipokryzji
strażników moralności,
tysiącletniej stęchliźnie,
co dziś Szacha gości,
młodych tłum
okrakiem na barykadzie,
krzycząc: nie!
rozpędzony jak bydło,
poznaje czym jest
wolność i krew
w autorytarnym kraju
i ... kulka w łeb.


            ***


Modlitwa o Woodstock


Zabierz mnie Panie
do rockowej krainy
wytyczonej glanem,
gdzie metal szczęśliwy
pradawne tańczy pogo.
W barwach słonecznika
oka słonecznego,
połyskuje owsiakowa pacyfa.


Zabierz mnie Panie
tam, gdzie moja muzyka
jak radość w karnawale
choć przez 2 dni – porządek świata ucisza.
Ludzie nagle ręce
wyciągają do siebie,
jakby w podzięce
za odwieczne pragnienie – bycia razem.



Zabierz mnie Panie
na te zielone pola,
co zdają się rajem
dokąd myśl swobodna woła.
Najpiękniejszy sen
konstruktywisty
staje się ciałem,
tylko tu się ziści.

 

            ***


Punkówka


Garść ćwieków wyrwanych z pieszczochy
dwie krople taniego wina
szczypta trawy co porasta rowy
wokół pól Jarocina.


Uśmiech człowieka z irokezem
do smaku,
chwyt za rękę lub serce
pod sceną brudną od piachu.


Pożywka z ulatującej nuty,
co wzbiła się wysoko
może też wystarczy
by poczuć się błogo.


I do tego jeszcze
świeży głos Kazika
rozlany w butelce
niech fluidy wysyła.


Pozytywne wibracje
trochę jak w reggae
zaczynają fermentację
punkówki, na zimowe wieczory posiedzeń...

 

                   ***


Mistyk prawdziwy

Otwiera bramę do nieba
i czeka.
Przezroczysty, pochylony,
niewidoczny.
Mądrość skrywa w źrenicach
pokornej kreacji.

Może dziś znowu dotknie
czyjegoś serca,
kontemplując
anielską ikonę
albo Drogę Krzyża...

I zanim zamknie wrota
może jeszcze
klucze zostawi,
swój teatr nieruchomy,                                      Pamięci Sławka Kuczkowskiego – twórcy
nim jak monada zniknie                                     Teatru Wizji i Medytacji Czerwona Główka,    
w boskiej Szczelinie...                                        członka gnieźnieńskiej Konfraterni Teatralnej, poety.
 

 

            ***

 

 Wiosna Ulrike

Zamiast po pióro – sięgasz nocą po bombę,
tracisz wiarę w słowo
chwytając za pistolet.
MAJ – rok później pozbywa się już cnoty,
jak muchy padają idee rewolty.

 

Lecz niespełnione cele buntu
snują się po twojej głowie,
odłamki protestu
znów budują opór
zanurzony we krwi.

 

Zbyt radykalna stajesz się wiosną,
gdy gnuśny kapitalizm
dusisz lewacką utopią.
Pamiętaj jednak, że przemoc to cierpienie,
Twój traktat śmierci okupiony więzieniem.

Więc pomyśl jeszcze raz...
                                                              Inspiracją dla wiersza jest tragiczna postać
                                                              Ulrike Meinhof – niemieckiej, lewicowej dziennikarki,
                                                              później terrorystki w grupie RAF
                                                              (Frakcji Czerwonej Armii), której przemoc przesłoniła idee.


    

           ***

Harley metafizyczny 

Chwyta za serce
nie licząc lat,
nie pytając skąd jesteś,
po prostu tak
gong silnika
jak pierwsza miłość,
która nie mija...


Stalowa maszyna
bardziej ludzka niż człowiek,
bo wytwarza przyjaźń
scalając zagonione
jednostki we wspólnocie
niematerialnego bytu,
wiatru we włosach.


A za noce w garażu
niesie po szosie,
dodając kurażu
postaci w czarnej skórze,
jakby w podzięce
za symbiozę istnienia
na ścieżkach losu.

 

           ***

Wege, albo think tank feministyczny

W ogrodzie wnętrza
fasolka, marchewka, groszek
lodówka najpiękniejsza,
która nie zabija.

Pragnienie harmonii
etycznie zgodnej
przeciw cierpieniu,
więc od bólu wolnej.

Bez kropli krwi
na talerzu istnienia
uświęcone ciało
kobiety-zwierzęcia.

Czekając na schyłek epoki
mięsnego pożądania
brutalnego łowcy
celebruje życie.

 

          ***

X Muza

Zamknięta w kadrze mistrzów,
chwiejnym ruchu kamery,
kreując żywy obraz
pozwala wierzyć
w mityczny świat.


Mówi jak pożądać,
lecz nie zdradza czego,
kusicielka w celuloidowej taśmie
co z ekranu kinowego
bezwstydnie łypie okiem.


Zniewalając milionem
fabularnych akrobacji,
kaskadą dialogów
i sposobem narracji,
czaruje ujęciem.


Córa braci Lumiere,
dziś rozchwytywana
najbardziej ze wszystkich Muz,
bliska współczesnym
multimedialna gwiazda.

 

          ***

Rośl-inna

Nieroślinnie zakorzeniona
pełzam.
Porzucam osiadłe myślenie
wiodąc żywot kłącza.
Nigdy nie będę drzewem,
które dostojnie
wierzy w dogmaty.


Śliska, wilgotna rewolta,
co drzemie we mnie,
łodygą oplata pień
i podstępnie
liczy słoje
wieloletniej hegemonii
ociosanych idei.


Pogrążona w płynnym ruchu
unieważniam sensy.
Przypadkowo, dowolnie
buduję koncepty,
nowotwory znaczeń
nieustannie
w ciągłej kreacji...

 

      ***

Bohema

Alchemia myśli
manifest słów,
metafizyczna siła działania,
co chciałaby znów
odcisnąć serce w betonie.

W burgundowym winie
zatopiona iskra,
lekka jak dym
na wierzch wypływa
i sieje ferment.

A w kolorowych głowach
pokręcone twory,
artystyczne dziwy,
co podczas rozmowy
nasycają sensem.

Niezłomna wiara
motto ekscentryka,
że można ruszyć świat,
zatrzymać chwilę co umyka
przy dusznym stoliku.

I zainfekować tkankę
w organizmie miasta,
nauczyć przechodnia
czym jest abstrakcja
szalonej cyganerii...

 

           ***

 

(mojemu Władcy Snów)

Morfeuszu,
niebo słonecznego dnia
skłoniło się do twych stóp.
Czy to już?
Wyciągasz klucze snów
zatopione w czarnym płaszczu?

Przechodząc przez zimną taflę
nieistnienia
stajesz naprawdę
próbujesz nie płoszyć
mrugnięciem powiek
odsłaniasz orzechowe oczy.

Morfeuszu,
Czy zazdrość i pożądanie
zamieszkały w twej głowie?
I jak zgorzel
trawią umysł z sercem,
kradnąc moc tajemną?

Powiedz jedno słowo,
rozchyl usta pełne
a głos twój dźwięczny
w piersi uwięziony
niech w końcu
od dumy odetchnie.
                                                            (inspiracja „Sandman”)

 

          ***

Gotycka królowa

Przychodzi nocą ze strzelistego zamku
gdy wilk zawyje
po cichu, po omacku
zbiega po schodach.
Otwiera poskręcaną bramę,
wrota tajemnicy,
przemierza cmentarze
stukając obcasem.
W czarnej sukni fioletu
z cieniem floksa na szyi
oddaje się szaleństwu,
pragnie pożądania.
Pod osłoną mroku
ustawia ołtarze
pali świece i woskiem
smukłe dłonie parzy.
I zanim dzień nastanie
zdąży jeszcze
uwolnić żałobne motyle
obsypane dreszczem.
A potem zwiewnym lokiem
otuli stalowe rumaki
i pogna na oślep
czym prędzej do kochanka...

 

        ***

 

Bez-nadzieja 
 
 Smutek jak szpieg,
krąży w szczelinach umysłu
gęstym sitowiem depresji
osacza.

Serce skute łańcuchem zwątpienia,
miłości niedowierza
szamocze się
niewolnik lęku.

Wołam, ale głos
tonie w śniegach
gnuśnej zimy królestwie
furtka zamknięta...

I dni jak sople
kaleczą zimnem,
przeźroczyste
niewidoczne.

Dogasa radości świeca,
knot tli się w agonii
nadzieja umiera
to boli...

A może nie?
Bo ciepło twych rąk
czuję na kilometr
pamiętam przez rok...

 

        ***

 

Październik

Mój październik
dziwnie słoneczny
przychodzi z żółtym liściem.
Przemyka między palcami
bezszelestnie
kołysze cebulami
w wiklinowym koszyku
na wietrze.

Depresje krótkich dni
oddala
za skinięciem ręki
niewerbalną mową ciała.
I w swej bystrości
lustruje oczyma zaorane pola.
To nie jego wina
że przyszedł tak późno...

Choć może lepiej
bo z pogodowej matni wyrywa
zmusza do działania
wiosnę przybliża
rozpędza mgłę wątpliwości.
Mój brązowy październik
późne kochanie
styczniowej miłości.

 

               ***

 

Capoeira anarchistów

Oto czerń
zwarła się, i biel                                   
w odmętach kontrastu.

Ideały wolności
dziś pękata tykwa gości
a nie barykady...

Zaś jej muzyka
balsamem dla niewolnika
wczoraj i dziś...

Salta na trawie
ignorują władzę
szarości...

I nie wchodzą w ramy
papki, którą spożywamy
wyłączając umysł...

Mentalna gimnastyka
serca i umysły przenika
anarchii ładem...

 

               ***

 

Komunikacja m.

Odjechały autobusy,
przegubowce do szczęścia.
Zamruczały silniki,
obite pluszem siedzenia.

Bezimienne przystanki
mają twoją twarz.
Droga jest sucha i czarna –
taką lubią kierowcy.

Pomięty bilet
przepustką do ciebie,
gdy pojazd jedzie
z miejsca A do B.

Pekaesowe firanki
od lat te same,
tylko obrazy za oknem
mają trwałość slajdu.

Pasażerowie z boku,
pewnie się dziwią
skąd w tej jeździe –
tyle uroku.

Osierocony dworzec
czeka na autobusy,
jak my na spotkanie
do następnego przyjazdu...

 

                ***



Garażówka

W szorstki beton wsiąkała benzyna
teraz idee...
W ciemnych kątach zawsze się zaczyna
rewolucja serc...
Niewygodna jak punk-rock dla ucha
a jednak ktoś słucha...
Spoiwo ogniw w łańcuchu
muzyka buntu...

Uderzając pieszczochą o ścianę
wykrzycz wreszcie...
Te wszystkie słowa i zdania
które mówisz szeptem...
Szarpnij obłudne struny zakazów
łamiąc tabu...
I ścierając w pył okrągłe farmazony
nie zapomnij jeszcze...

WYJŚCIE Z GARAŻU JEST TYLKO WSTĘPEM...