Złuda - Irmina Kosmala

baner_1366x768.png

Autorzy recenzji: Agnieszka Lange, Wiktor Koliński, Grzegorz Pałuczak, Kinga Rybacka, Anna Łozowska-Patynowska

 

KUSZENIE MIĘDZY SŁOWAMI ,

                czyli                          

  „ZŁUDA” IRMINY KOSMALI

 

Zaczyna się tajemniczo. W mrocznym kościele, listopadową nocą zjawia się kobieta, która pragnie kapłanowi wyznać swoje grzechy. Ciąg dalszy to historia jej życia, pełna emocji, trochę podana w strzępach. Umysł ludzki nie działa chronologicznie, nie odtwarza zaszłości płynnie, przypomina raczej starą taśmę magnetofonową. Odtwarzana historia jest nieco przerywana, trochę poszatkowana, chaotyczna. Uwypukla zdarzenia, często niepozorne, błahe, ale bliskie sercu, a to, co wydawałoby się istotne, pomija, bo rozsądek przegrywa często z subiektywnym  współodczuwaniem.

Ewa – bohaterka debiutanckiej powieści Irminy Kosmali to młoda, ale bardzo dojrzała emocjonalnie kobieta. Po dogłębnej analizie własnego życia, pragnie dokonać spowiedzi życia. Jakby chciała – niczym człowiek u schyłku – spojrzeć raz jeszcze wstecz, zrozumieć, może się oczyścić.

Ewa ma dom, zazdrosnego męża, przyjaciółki. Czy czuje się szczęśliwa? Oczywiście, nie. Ewa jest bardzo wrażliwa, czuje mocniej, silniej, bardziej emocjonalnie. I zdecydowanie pragnie więcej. Być może właśnie ta nadwrażliwość, bolesne światoodczucie i nieustanna gonitwa myśli sprawiają, że kobieta nie należy do ludzi, którym te wymienione wyżej elementy wystarczą i są wyznacznikiem szczęścia. Może nie umie być szczęśliwa, może potrzebuje czegoś więcej. Dlatego dom staje się niemal klatką, złotą wprawdzie, ale odbierającą wolność. A mąż, może kochający, kojarzy się z irytującym zazdrośnikiem, który z przyziemnym postrzeganiem świata, nie rozumie swej partnerki i nigdy z pewnością nie wzniesie się na jej poziom postrzegania rzeczywistości. Dlatego Ewa znajduje sobie drugi, lepszy świat.

Psychologia ma na to pewnie swoją terminologię.  Bo gdy życie nas w pełni nie satysfakcjonuje, to nawet jeśli z niego nie odchodzimy, to – choćby na poziomie wyobraźni – znajdujemy sobie inny, lepszy, satysfakcjonujący. Dla Ewy, tym lepszym, ważniejszym światem jest wszystko, co związane z Andrzejem Apejronem – wykładowcą akademickim, znawcą filozofii, która jak żadna inna dziedzina nauki, jest bliska sercu Ewy.

Pod wpływem ich spotkania, czytelnik może udać się w fascynującą podróż w czasie i zapoznać się z wielkimi filozofami, których myśli wpłynęły na bieg świata. Schopenhauer, Pascal, wreszcie Nietzsche. Książka Irminy Kosmali to całkiem spore kompendium wiedzy o wymienionych myślicielach.  Jednak między słowami o wybitnych filozofach, między zwyczajnym życiem Ewy jest coś, co niczym cienka nić, biegnie od bohaterki w kierunku Andrzeja. Gdzieś między słowami, między emocjami. I ta nić – jest subiektywnym zdaniem – najciekawsza w powieści debiutantki.

Relacja Ewy i Andrzeja parzy, iskrzy, porusza. Dlaczego? Bo nie dzieje się w codzienności, bo ta poszarzała od prozy – nie zawsze pachnie wierszem i wyszukaną metaforą. Dlatego fragmenty wysyłanych wiadomości między bohaterami tak porwą czytelnika. Bo tak pisze ktoś, kto kocha. Bo tak pisze ktoś, kto ma wiele impulsów wyobraźni i wrażliwości, by poruszyć czułą strunę bliskiego mu serca. Bo tak ubiera myśli w słowa ktoś, kto w głębi serca, na dnie rozsądku wie, że ta relacja nie dokona się wśród prozy życia. Dlatego tak pięknie się nam o niej czyta. Czyżby to była owa tytułowa złuda?

Czy Apejron wart był tych uniesień? Zdroworozsądkowo – absolutnie nie. Wymowna scena w księgarni jest tego oczywistym dowodem. Tacy jak on uwielbiają kochać i być kochani z daleka. I to oni dyktują warunki tej odległości. Jednego dnia bliski, kontaktowy, walczący o pełną uwielbienia adorującą go miłośniczkę, innym razem osobny, wręcz wsobny, zamknięty, skupiony wyłącznie na sobie. Ktokolwiek ma za sobą znajomość z nadwrażliwym na świat artystą, z pewnością wie, o czym mowa.

Złudo Moja – powie Api do Ewy. To uczucie – choć w sercu bohaterki – prawdziwe, to przecież podlewane wyobraźnią i złudzeniem, nie miało praw, by się odnaleźć  w prawdziwym życiu. Było właśnie takim złudzeniem. Podobnie jak wykreowana przez platoniczną miłość, postać Wielkiego Wykładowcy, autora …. „Złudy”.

Jednak o czym w końcu jest ta historia? Jak wszystko, co trudne, nieco mgliste, wymyka się konkretnym nazwom i definicjom. Wielowątkowa proza Irminy Kosmali jest ciekawa, bo nieoczywista. Autorka zgrabnie wymyka się dookreśleniom i literackim szufladkom. Wątek babci Marii – smutne odchodzenie naznaczone starością i chorobą, czy postać męża bohaterki – to osobne wątki, zasługujące na uwagę. Wątek mnicha  pomijam świadomie, odsyłając do lektury. Jego kreacja to okazja do innych rozważań.

 „Złuda to dzieje samotności. W tłumie, z drugim człowiekiem, gdy codzienność nie do końca taka jak w wyobrażeniach”. Jak powie dalej Apejron, „samotność to rodzaj mgły, która osadza się na ramionach, czyniąc życiową wędrówkę  cięższą, trudniejszą, bardziej ryzykowną. (…). Jeśli nie przyjmiemy jej istnienia, nie zaakceptujemy, więcej: nie sprostamy jej obecności – stanie się dla nas koszmarnym balastem”.

Wiele pięknej poetyckiej prozy w tej powieści, wiele głębokich metafor. „To miejsce było jak powrót do przeszłości, ale tej idyllicznej – zanim się zreflektujesz, że zlizany lukier wspomnień pochodził z nadpleśniałego tortu” – pięknie, ale nie słodko, lukrowato, prawda?

Każdy trochę żyje złudzeniami, każdy chyba potrzebuje „złudy”, by choć na chwilę przesunąć się w lepszy, piękniejszy świat. Człowiek lubi i pragnie mieć coś,  co odbarwi zbyt pokolorowane, co zabarwi szare, co doprawi, co wyostrzy, tchnie nadzieją. Choćby na chwilę. Choćby była to tylko złuda.

 

---

Irmina Kosmala, Złuda, Wydawnictwo VipArt, Gniezno 2020.

 

------------------------------------------------------------------------------

Autor recenzji: Wiktor Koliński

 

Jak pięknie żyć w kłamstwie, czyli „Złuda” Irminy Kosmali

„Wkrótce się z nim rozwiodę”. „Na pewno przestanie pić, przecież obiecała”. „Jeżeli tym razem nie dostanę awansu, to się zwalniam”. Ile razy słyszeliśmy takie – i mnóstwo podobnych – zdania padające z ust naszych znajomych, przyjaciół, członków rodziny? A ile razy wybrzmiały one w naszej głowie? Wszyscy kłamiemy, oszukujemy się, ale na głos twierdzimy, że kochamy prawdę i to ona jest drogowskazem, za radą którego podążamy. Tak jak główna bohaterka „Złudy”, wydanej właśnie, debiutanckiej książki autorstwa gnieźnianki – Irminy Kosmali.

Opowieść jest umiejętnym mariażem pomiędzy historią obyczajową, romansem z elementami tajemnicy oraz… traktatem filozoficznym. Rozważania na temat prawdy, resentymentu, szczerości wobec samego siebie są bowiem ważną częścią całej fabuły. A to za sprawą rozmów Ewy (głównej bohaterki) z Apejronem, czyli czarującym, dojrzałym wykładowcą akademickim. Uczennica – mistrz, piękna kobieta – atrakcyjny kusiciel, poszukiwaczka prawdy – strażnik wiedzy o świecie; analogie biblijne nasuwają się same.

Dialogi, rozważania i intelektualne spory dwójki głównych bohaterów są najsmakowitszym fragmentem historii, będąc przy okazji przyśpieszoną i skróconą powtórką kilku ważnych zagadnień  filozoficznych. Niech jednak nie zraża to osób, którym takie klimaty wydają się przyciężkie – całość napisana jest w sposób przystępny i nienużący czytelnika.

Dodatkowo, wszystko okraszone jest dobrą, autentycznie oddaną konstrukcją związków międzyludzkich, a w trójkącie autorytarny mąż – kobieta pragnąca autentycznego partnerstwa – tajemniczy intelektualista odnaleźć możemy echa freudowskiej teorii struktury osobowości.

Czytelnik kibicuje Ewie, podświadomie zachęcając ją do wybrania ścieżki wolności, wiedzy, przygody. Jednak powoli zaczyna zauważać, że droga ta nie jest taka prosta, wkroczenie na nią wymaga siły, a przede wszystkim szczerości wobec samego siebie. Jest to więc z pewnością książka o poszukiwaniu prawdy. I to nie tylko tej filozoficznej, ale także tej o sobie samym. Prawdy, której nie każdy z nas ma odwagę spojrzeć w oczy. Prawdy, która nas ma nas wyzwolić. Ale to nie znaczy, że uczyni nas szczęśliwymi.

 

---------------------------------------------------------------------------------------

Autor recenzji: Grzegorz Pałuczak


O urokliwej książeczce, nazwanej debiutancką


Książka Złuda ma to, co powinno mieć dzieło sztuki - jakieś piękno, jakiś urok. Jest zgrabnie napisana. Nadaje się na scenariusz filmowy.

Czy dzieło sztuki powinno mieć również przesłanie ? Na dodatek przesłanie, które jest trafne?

Jeśli tak, to nie wiem czy "Złuda" jest przedstawieniem, które ma takie przesłanie - trafne i potrzebne?  Ma natomiast to, co zawsze stoi u podstaw przesłania, a mianowicie przedstawienie „stanu chorego”, przedstawienie tego, co ludzi porusza lub boli. Ma bardzo trafne i piękne przedstawienie pewnego poważnego bólu i problemu: życie boli, kiedy człowiek próbuje mierzyć się z problemami (zamiast uciekać w złudę). Boli do tego stopnia, że człowiek ratowany jest ZNIECZULENIEM (koniec końców). Znieczuleniem w zakładzie psychiatrycznym lub w światowych sztuczkach, które można by skrótowo nazwać seks-narkotykirokendrol. Tak po prostu jest. Taki stan mamy. Na dodatek podział na „ratujących” i „ratowanych” jest zmienny jak pogoda: dziś ty „ratujesz” mnie, jutro ja „ratuję” ciebie. Ten podział jest zmienny. (Nie pierwszy raz zauważyła to pani Irmina. Wielu przecież mocno przeżyło Lot nad kukułczym gniazdem w wersji filmowej.) Pani Kosmala natomiast wniosła od siebie taki oto „malunek”:

Główny bohater, Andrzej Apejron, mierzył się z problemami nie kłamiąc, to znaczy unikając ucieczki w złudę.  Jednak przegrał w tym sensie, że nie dał rady, soma lub psyche nie wytrzymały. Człowiek nie wytrzymał i wylądował w zakładzie psychiatrycznym. Jednak uczciwe mierzenie się z problemami ocaliło w nim coś. To coś, to „dziś”. Dziś przeżywam swoje życie. Dziś mogę mieć radość lub cierpienie, ale nie uciekam ani przed jednym, ani przed drugim. Natomiast nie jest dane owe coś tym, którzy nie mierząc się z problemami,  bez tego mierzenia uciekają w złudę.


Uwaga: spojler - poniżej recenzja zawiera treści, które ujawniają zakończenie książki

 

Chyba właśnie to oznacza końcowa scena książki, kiedy to nie tyle Apejron jest w posiadaniu „ratującego” personelu psychiatrycznego, ile personel jest w jego posiadaniu, skoro jako ich swego rodzaju zbawca oświeca: >> - Po co pragniecie „jutra”, idioci, skoro nie ma w was „dziś”?<<. Idioci! nic dziś nie przeżywacie! czekacie na jutro! łudzicie się jutrem! Nie przeżywacie „dziś”! Bez przeżywania „dziś”, „jutro” jest waszą dzisiejszą złudą, dzięki której cierpienie dnia dzisiejszego jakoś daje się przetrwać. (Tak ludzie żyją w Polsce i w Europie każdego dnia. Nie gdzieś na Alasce, w dni, gdy trudno jest wytrzymać, bo jest mróz 50-stopniowy w skali Celsjusza...).

Na sam koniec Apejron godzi się z faktem nieznajomości przyczyny swojej radości. Nie wie, czy cieszy się ze zwycięstwa: przeżywania „dziś” czy cieszy się pięknem „kłamiącego” światła księżyca („kłamiącego”, bo zaledwie odbitego), nie wie nawet, czy cieszy go piękno księżyca, czy przeżywa reakcję organizmu na zaaplikowane mu farmaceutyki... Pogodził się z początkiem swojej historii. Na początku chciał bowiem poznać przyczynę, której on jest skutkiem.

Oto zgoda agnostyka na życie.

Apejron nie był agnostykiem w znaczeniu „agnostyk” albo „wierzący”. Apejron był „wierzącym”. Nawet kiedyś poważnie rozważał, czy zostać dominikaninem... Apejron był agnostykiem w znaczeniu: człowiek, który krok po kroku sprawdza przesłanki, który krok po kroku szuka przyczyn dla napotkanych skutków. Ot, dzisiejszy naukowiec. „Dzisiejszy” nie oznacza kogoś, kto przeżywa „dziś”, lecz przeciwnie - kogoś, kto (notabene od czasów Kartezjusza) ucieka od „dziś” do złudy „naukowego” myślenia.

Drugą bohaterką jest Ewa. Ewa Peres, czyli Ewa, która jest przeznaczona na Kres Bezkresu. Ewa, która chciała znać przyczynę swoich cierpień. Szczęśliwie spotkała filozofa marzeń, Andrzeja Apejrona, który dawał nadzieję na poznanie tych przyczyn lub na zmianę tego stanu rzeczy: zamiast cierpienia wymarzona miłość. Jednak Apejron nie tylko był filozofem, ale też człowiekiem. Zakochał się. Jednak od momentu, gdy rozeznał, że Ewa jest zamężna, zniknął.  Rozeznał filozoficznie, że Ewa nie jest dla jego zaspokojenia;  byłaby dla niego złudą (a nie - wraz z nim Bytem )...

Ewa nie poznała więc przyczyny swoich cierpień. Poznała jednak Apejrona. Można się domyślać, że Ewa ma szansę na pogodzenie się z nieznajomością przyczyn. To było jej problemem. Chciała się rozwijać, poznając. (Nie chciała się „zwijać”, służąc Tomowi, swemu mężowi, jako jego pomoc).

Andrzej i Ewa nie muszą już znać przyczyn. Wystarczy „dziś”. „Dziś”, czyli wolność przeżywania cierpienia lub szczęścia. Mają tę wolność? Czy ciągle jej szukają? A może jej nie szukają już z taką pasją, ale otwarci są na SPOTKANIE tej wolności...?

Czy te końcowe myśli zawarte są  książce? Czy tylko w mojej głowie? Nie byłoby to wadą tego dzieła, napisano bowiem, że jest to książka debiutancka Irminy Kosmali...

Dla mnie ta książka jest cenna z jeszcze jednego powodu. Oto dziś można zaobserwować kres naukowego myślenia, tego myślenia, które rozwijało się od czasów Kartezjusza (odwrót od metafizyki). To myślenie wypierane jest przez propagandę. Nauka ma służyć celom propagandowym. Zakłady naukowe otrzymują granty na ściemy. Dzięki tym grantom rozwijają się.


Zwijają się natomiast te ośrodki naukowe, które trwają przy metodologii przyjętej w XIX-XX wieku. Złuda bardziej bezczelna i nachalna zastępuje złudę, która miała być mniej złudna od metafizyki. To nie pesymizm, lecz otwarcie na spotkanie... Złuda, niedobra? Więc co? To, co WEDŁUG PLANU ma nastąpić po Wielkim Poście? Naiwne? Infantylne? Jednak ważną częścią Dobrej Nowiny jest informacja o bilecie: „...jeśli nie staniecie się jak dzieci, nie wejdziecie...”. WEDŁUG PLANU po łasce Wielkiego Postu przychodzi łaska Zmartwychwstania. Przez potoczne  myślenie zmartwychwstanie pojmowane jest jako jakieś niewyobrażalne szczęście gdzieś daleko, w jakimś „jutro”. Znowu złuda: >> - Po co pragniecie „jutra”, idioci, skoro nie ma w was „dziś”?<< .

Wielu chrześcijan (a może niewielu?) odkrywa jednak, że Z(z)martwychwstanie jest tym, czego szukała Ewa u Apejrona zdolnością do przeżywania codzienności bez utraty we wnętrzu swoim  miłości, radości, piękna, dobroci, cierpliwości, uprzejmości i tak dalej - zmartwychwstanie jest wolnością. Ewa szukała wg klucza: Przyczyną cierpienia jest grzech. Jakie przekroczenie normy jest przyczyną mojego cierpienia? Wolność przychodzi wg klucza: „Jezus jest największym grzesznikiem, bo nie ma mocniejszej normy niż granica śmierci, którą On przekroczył. Możesz się w Nim zakochać, Ewo !”.

Zakłady naukowe i psychiatryczne są czyśćcem dla ratowanych przed piekłem ich codzienności. Lekarstwami są różne środki, wśród nich jest złuda (którą leczy się złudę...hmm). Wiara głosi Dobrą Nowinę: „Nie ma żadnego piekła, bo piekło twojej codzienności zostało już raz na zawsze pokonane! Alleluja! Wierzysz?”.

 

Kajdaniarz z dziada pradziada nie wierzy, bo nabrano go już tysiące razy na różne ewangelie złudy. Kajdaniarz, tzn. ja. Jest jednak jakaś szczelina, która otwarta jest dla nadziei, która mówi: A może Wielki Post nie jest bez sensu? A może moja „ściana płaczu” nie jest przeszkodą do życia bez utraty we wnętrzu swoim  miłości, radości, piękna, dobroci, cierpliwości, uprzejmości i tak dalej?

Kajdaniarz, czyli Ty. Wielki Post jest dla kajdaniarzy. Kościół jest dla kajdaniarzy. Zresztą, to jest katechizmowa prawda: „Kościół grzeszników jest święty”. Katechizm paradoksów. Dla kulturalnie  ułożonego od dwudziestu paru wieków Europejczyka paradoks jest czymś, co należy uporządkować. Nie! To paradoks ma uporządkować Ciebie i mnie.

 

-----------------------------------------------------------------------------------

Autorka recenzji: Kinga Rybacka

 

W głębi duszy…

 

ZŁUDA to debiutancka powieść Irminy Kosmali, która, muszę przyznać, wzbudziła we mnie skrajne emocje. Pierwsze dziesięć stron czytałam kilka dni, pozostałą część opanowałam jednego popołudnia.

Główną bohaterką powieści jest Ewa, słuchaczka na Wydziale Filozofii, prywatnie żona Tomasza, magistra dziennikarstwa, a przy tym świetnego fotografa. Dziewczyna tak naprawdę cały czas walczy ze swoim wewnętrznym, do końca nierozpoznanym i obcym JA a mężem, który chciałby mieć ją dla siebie na wyłączność.

Zaborczy mąż, Tom,  nie potrafi zrozumieć duchowych potrzeb swojej żony. Jej pragnienie studiowania uznaje więc za głupią, nieistotną fanaberię,  za stratę czasu; złość wzbudza w nim również fakt podjęcia pracy przez coraz bardziej samowystarczalną i oddalającą się od niego żonę.

Pewnego dnia przyjaciółka Maja namawia Ewę do wzięcia udziału w wykładzie wybitnego filozofa, Andrzeja Apejrona. Spotkanie z Andrzejem wywraca do góry nogami jej skomplikowane już dotąd życie. Ale o tym, jak skończyła się życiowa przygoda Ewki musicie doczytać sami... Zakończenie nie jest oczywiste!

Powieść sama w sobie jest spowiedzią Ewy, która w dramatyczny sposób przedstawia swoją historię - trzeba przyznać, że życie trochę sponiewierało główną bohaterkę. 

Początek książki nie jest łatwy do przejścia. Mimo, że jestem katoliczką, to nie przepadam za książkami, w których przewija się motyw religijny, na szczęcie autorka świetnie rozwinęła wątek, co sprawiło, że pozostałe części książki czyta się z lekkością i przyjemnością. Wraz z bohaterką wchodzimy w świat „studenckiego” życia i bierzemy udział w wykładach z zakresu filozofii.


Złuda to naprawdę dobry debiut, warty przeczytania. Przeplata on bowiem w sobie trochę dobra, miłości i flirtu, a zarazem pokazuje, jak brutalne i złudne potrafi być życie. Serdecznie polecam czytelnikom, a Autorce gratuluję udanego debiutu.

 

---------------------------------------------------------------------------------

 

Autorka recenzji: Anna Łozowska-Patynowska

 

MIĘDZY APOTEOZĄ ŚWIATA A LUDZKĄ REZYGNACJĄ 

W otoczeniu kuszącego i tworzącego odpowiedni nastrój zapachu kawy, melancholijnych odczuć człowieka rozciąga się przestrzeń rozważań Kosmali dotycząca „najciemniej strony ludzkiej udręki”. Autorkę Złudy nie interesuje tylko i wyłącznie człowiek i jego reakcje na bodźce zewnętrzne, ale także kompensacja jego bólu, stopniowo ujawniającego się przed czytelnikiem.

Filozoficzno-literacka kreacja Irminy Kosmali jest właściwą strategią kompozycyjną Złudy. Iluzje rzeczywistości, antynomie, paradoksy, niespójności i dysjunkcje to podstawowe jej składniki. Taki plan budowy mini-powieści zakłada nie tylko dwuwartościowość świata, co znajduje swoje częściowe uzasadnienie w przywołanych ideach platońskich, ale także eksponuje enigmatyczność ludzkiego istnienia, nieprzekładalnego na słowa, wartościowanego przez nas samych i otoczenie w zupełnie inny sposób. Kosmala twierdzi, że wszystko może się jedynie zdawać, bo prawdy ostateczne, choć istnieją, to trwają w idealnym, nieosiągalnym dla człowieka stanie objawienia. Powieść jest więc osnuta formułą tajemniczości, choć świat, który skonstruowała Kosmala, zdaje się być do trzewi realny. To dlatego jego konstrukcja opiera się równolegle na nietzscheańskiej filozofii podejrzliwości.

Pytania o status świata i natury ludzkiej wybrzmiewają w strukturze osobowościowej bohaterki tekstu, Ewy. Na pierwszy rzut oka nie wiemy, czego ona poszukuje, dlaczego jest osobą niezmiennie cierpiącą, po co „zmyśla” swój ból, dlaczego tak łatwo ulega pragnieniom, a odsuwa od siebie zwyczajne i prawdziwe trwanie. Jej byt „zszywany słowami”, a właściwie poszatkowany, popruty nimi, staje się drenażem ułatwiającym zrozumieć kruchość ludzkiej natury, wiotkość jej odczuwania, które kieruje człowiekiem, nawet wbrew rozsądkowi. Kiedy pytam dlaczego, po co, czemu tak nielogicznie plecie się los ludzki, Irmina Kosmala ujawnia przed nami odpowiedź, że człowiek nie jest sumą działań prostych i iście matematycznych, nie jest kostką do gry o skończonej liczbie oczek możliwych do wyrzucenia. Człowiek to wiotka permutacja tych cyfr, wzniosłe stworzenie poszukujące, skłonne do błądzenia, ale i do poświecenia dla wiary w coś, w co uwierzył, choć mogło być to nieprawdziwe.

Kosmala porusza problem zarówno fikcyjnego istnienia w świecie, co ma w powieści wymiar metaforyczny, jak i w sposób bezpośredni dotyka problemu zażywania środków odurzających, które w świecie postrzeganym jako nierzeczywisty, rodzą istnienie faktycznie fikcyjne, o czym świadczą słowa jednego z bohaterów, Apejrona do Ewy: „A jeśli nie jesteś prawdziwa, to nie istniejesz. Zapamiętaj, proszę, moją myśl”. Ta dwupoziomowość kreacji otrzymuje też trzeci wymiar – warstwę słowną składającą się na tekst literacki, czyli kreację. Złuda jest kamuflażem wielowarstwowości tekstualnej, a zarazem mentalnej świata Kosmali. I tu pojawia się zasadnicze pytanie o prawdziwość, czyli niefalsyfikowalność, niepodrabialność istnienia człowieka w świecie, w którym on istnieje tu i teraz. Co to oznacza w konsekwencji dla autorki powieści? Skonfrontować to należy zarówno z jaskinią platońską i jej ilustracją prawdziwego bytu, o którym wspomina Kosmala na samym początku, jak i z założeniami nietzscheańskimi, które, paradoksalnie, stoją z nimi w opozycji. Nietzsche to „deiluzjonista XX wieku”, który wskazał, że nie istnieje inna, lepsza rzeczywistość, lecz tylko ta tu i teraz, a reszta to „złudzenie”. Kosmala spina tę ilustrację architektoniczną ramą kościoła, do którego przybywa bohaterka w celu wypowiedzenia swoich wyrzutów sumienia. Współczesny kościół z powieści jest tak samo iluzyjny, jak te z czasów barokowych, pełne polichromii i załamań światła, które potęgują majestat, również potęgę Boga, ale i powiększają przestrzeń, pomniejszając równocześnie człowieka, akcentując jego niezmienną małość wobec świata.

więcej na: Latarnia Morska