„Świat kultury staje się domostwem, w którym może się schronić nasz niepokój”

Prof Anna Jablonska.jpg

- ROZMOWA Z ANNĄ JABŁOŃSKĄ, Prof. UJK w Kielcach - 12.07.2023

 

W Kuźni Literackiej gościmy dziś Panią Profesor Annę Jabłońską, wykładowczynię na Uniwersytecie Jana Kochanowskiego w Kielcach, autorkę ponad siedemdziesięciu opracowań naukowych, popularnonaukowych i popularyzatorskich. Zainteresowania naukowe Pani Profesor dotyczą okresu średniowiecza i nowożytności, historii Kościoła w Polsce, historii kultury - ze szczególnym uwzględnieniem kultury muzycznej - oraz historii społecznej. Co ważne dla naszego miasta i godne odnotowania, to fakt, że w działalności zawodowej naszego Gościa szczególne miejsce zajmuje Gniezno, z którym jest związana naukowo od około 25 lat, od czasów pracy nad doktoratem dotyczącym kapituły uniejowskiej. Podstawę badań stanowią przede wszystkim materiały przechowywane w Archiwum Archidiecezjalnym w Gnieźnie. Na ich podstawie powstały liczne opracowania dotyczące Gniezna i jego okolic (stanowiącego staropolski archidiakonat gnieźnieński). Mówią one zarówno o konkretnych instytucjach (jak np. szpitalu św. Marty nad jeziorem Jelonek), jak też starają się ukazywać całe procesy w przekroju chronologicznym i terytorialnym (np. funkcje społeczne parafii, czyli szkoły, bractwa, szpitale na terenie archidiakonatu lub obraz funkcjonującego tam duchowieństwa).

Stąd też nasze pytanie otwierające spotkanie: co Panią Profesor tym razem sprowadza do Gniezna? Nad czym obecnie skupia Pani swoją uwagę?

Tym razem kontynuuję pracę, którą zaczęłam siedem lat temu. Chodzi o napisanie rzetelnej książki, dotyczącej bożogrobców kościoła Świętego Jana Chrzciciela Gnieźnie.

W tak zwanym międzyczasie powstawały oczywiście rozliczne artykuły na inne tematy, jednak praca nad tą książką jest o tyle specyficzna, że, po pierwsze, niczego nie da się tu przyspieszyć. Po drugie, całość  zagadnienia można rzetelnie opracować dopiero wówczas, gdy są zebrane wszystkie materiały. Tymczasem zawsze, gdy tu przyjeżdżam, to wówczas do czegoś, co wydawało mi się dotąd już znane, dochodzi jakiś nowy element, który potrafi całkowicie zmienić dotychczasowe mniemanie na ten temat. W związku z tym niczego wcześniej z tej książki nie publikowałam w częściach, ponieważ mogłoby się to okazać za chwilę nieadekwatne do tego, co właśnie kolejnym za razem odkrywam.

 

Czy w niniejszej książce, nad którą Pani obecnie pracuje, czytelnik odnajdzie historyczne "smaczki" odnośnie życia ludzi w tamtym czasie, ich mentalności?

Myślę, że nie będą one aż tak bardzo widoczne, ale cała opowieść o bożogrobcach w Gnieźnie zawiera elementy charakterystyczne dla ówczesnej mentalności. I tu zdradzę Państwu, że zachowały się pewne ciekawe dokumenty.

Jest na przykład cały opis dotyczący tego, jak jeden z zakonników donosił na swojego przełożonego. Rzecz miała miejsce pod koniec istnienia tego zakonu, zatem działa się w początkach XIX wieku. Za chwilę bożogrobcy zostaną w ogóle zlikwidowani. W klasztorze przebywa jeszcze kilku mnichów, którzy siedzą w tym upadającym miejscu ograbionym z majątku. Ich "świat" ledwie dyszy. Za chwilę w ogóle zniknie. Tkwią więc w nim ostatni zakonnicy, a wśród nich niejaki Bodzianowski, skonfliktowany z administratorem Januszewskim, którego szpieguje i donosi do arcybiskupa, że ten wykopuje kwiatki z ogrodu klasztornego, żeby je sprzedać na boku... Mamy więc do czynienia z ogólną degrengoladą.



A czy Bożogrobcy, zanim doszło do tej degrengolady, wyznaczali jakieś konkretne standardy, na przykład w prowadzeniu szpitali miejskich? I przy okazji jeszcze jedno pytanie: szpital kiedyś a szpital dziś.

O, to bardzo ważne zagadnienie. Zacznijmy od tego, że podstawowa różnica między szpitalem przedrozbiorowym – w sensie średniowiecze a nowożytność – jest taka, że ówczesne szpitale były przytułkami. One nie były stricte szpitalami, nie leczyły. Oczywiście, zdarzały się klasztory, których posłannictwem była opieka nad chorymi, jednak – powtórzę – normalne szpitale pełniły funkcję przytułków. Były to zatem miejsca,  gdzie powinni znaleźć opiekę osoby potrzebujące, czyli stare, niezdolne do samodzielnego życia, jak również dzieci, sieroty pokrzywdzone przez los, niemające gdzie się podziać.

Problem polegał jednak na tym, z punktu widzenia historii społecznej,  że na przykład szpital św. Marty w Gnieźnie obejmował opieką kilkoro tak zwanych ubogich, bo to tak nazywano tych, którzy tam mieszkali, „ubodzy”.  I nawet jeśli tych szpitali w obrębie miasta było kilka, to jak to się miało do skali potrzeb? Bieda była naprawdę bardzo powszechnym zjawiskiem.

Pozostawało więc staremu, zniedołężniałemu człowiekowi nie narażać się zbytnio rodzinie, by przy niej pozostać…

Dokładnie tak. Podstawowym elementem, który był najważniejszy, to rodzina i opieka w grupie, w której się żyło. Osoby pozbawione tego stawały się często bezdomnymi, ponieważ do szpitala, o którym mówiłam, nie było tak łatwo się dostać ze względu na ograniczoną ilość miejsc. W przytułku ponadto ważnym elementem życia było spełnianie wymogów religijności.

Podstawą religii chrześcijańskiej jest miłość. Z tej miłości wynikał wymóg miłosierdzia, pomaganie bliźniemu swemu. Ubogi, którym się opiekowano, z jednej strony miał twarz Chrystusa. To był ten biedak, nad którym się trzeba pochylić. Z drugiej strony przestrzegano przed wykorzystywaniem tej pomocy przez ludzi, którzy, jako zdrowi i sprawni, powinni sami się utrzymywać. Należy też przy tym pamiętać, że żebracy, zwłaszcza ci poza kontrolą i wędrowni, byli postrzegani jako część podejrzanego marginesu społecznego.

Zatem ten biedak, pauper, obciążony ubóstwem, nieszczęściem, wymaga naszej miłości. Jeśli wesprzemy go jałmużną czy przekażemy określoną darowiznę na szpital, ów biedak będzie się za nas modlić. A modlitwa gwarantuje nam na przykład zmniejszenie mąk czyśćcowych. Taka to była wiążąca dwie strony rola wzajemnego układu.

Osobnym rozdziałem dotyczącym naszego miasta, stała się wieloletnia, niezwykle owocna współpraca z Muzeum Początków Państwa Polskiego - „archeologiczna” z p. doktorem Tomaszem Janiakiem. Innym skutkiem tej współpracy z Panem doktorem oraz Magdą Robaszkiewicz stało się stworzenie nagrodzonej wystawy „Kultura muzyczna w początkach państwa polskiego”, jak i katalogu. W muzeum odbywały się także wykłady. Prosimy zatem o przybliżenie naszym czytelnikom, jak wyglądała kultura muzyczna w średniowiecznej Polsce? Czy muzyka pojawiała się tylko na dworze i w oprawie liturgicznej, czy również gościła w sferze życia prywatnego?

Jeśli chodzi o tę konkretną epokę, to niestety nie wiemy wiele odnośnie muzyki. Znamy muzykę oficjalną, która do pewnego momentu była mniej lub bardziej importem z Zachodu. Najpierw była oczywiście importem.  Potem zaczęliśmy ją troszeczkę modyfikować, na przykład dodawaliśmy do muzyki słowa powstające już w Polsce. Dopiero w pewnym momencie zaczęliśmy tworzyć własną profesjonalną muzykę, by na koniec średniowiecza „dogonić” Zachód i tworzyć na jego poziomie.

Ale czy ona słyszalna jest tylko na dworach i w kościołach, czy w przestrzeni prywatnej również?

Oczywiście – przede wszystkim w kościele i na dworze. Wiemy to stąd, ponieważ zachowały się między innymi rachunki dworu królewskiego Jadwigi i Jagiełły. Trzeba jednak pamiętać, że w średniowieczu kultura była oralna. Muzyka świecka w związku z tym przekazywana była przede wszystkim w takiej formie: z ust do ust. Brak więc jej zapisu. Warto przy tym dodać, że ci, którzy mogliby muzykę świecką, ludową utrwalić na papierze, nie zrobiliby tego z tej racji, że według nich była ona niechrześcijańska.

W takim razie jak można byłoby prześledzić rozwój muzyki w diachronii wieków?

Wystarczyło przyjrzeć się instrumentom oraz prześledzić to, jak znacznej modyfikacji ulegały w określonym czasie. To świetnie pokazała właśnie wystawa, której byłam kuratorką. Dzięki przyjrzeniu się tym przedmiotom dochodzimy do wniosku, że muzyka była z nami od zawsze. Pełniła swoje określone funkcje przy obrzędach, pracy, relaksacji, itd. Wzbogacono ją o gest, ruch, mimikę, taniec, wygląd osoby śpiewającej oraz kolejne instrumenty, do których potrzebny był już cały zespół.

Muzyka stanowiła określony sposób przekazywania informacji. Uświadomiłam to sobie, gdy pisałam różne prace o kulturze muzycznej. Próbowałam wówczas odpowiedzieć na pytania: jak funkcjonuje w społeczeństwie kultura muzyczna? Nie tylko sama muzyka, ale w ogóle kultura muzyczna. Jakie są np. jej drogi recepcji, i tak dalej. I między innymi  na ostatniej konferencji w Dyneburgu starałam wytłumaczyć i pokazać, że wiadomość o świecie, przeszłości, tego, co istotne, była przekazywana także przez pieśń i piosenki. Śpiewało się bowiem o rzeczach, które były z jakiegoś powodu ważne i godne zapamiętania.

Zatem metodą na przechowywanie pamięci, na kreowanie obrazu rzeczywistości przeszłej oraz teraźniejszej była kultura oralna. To ona kształtowała nie tylko wspomnienie, ale i światopogląd.

Pani Profesor, jeszcze odnośnie muzyki - pytanie od czytelnika Kuźni Literackiej: czy w średniowieczu Polska miała swoich trubadurów?

Trubadurzy tworzyli świat kultury rycerskiej. W przypadku Polski podejrzewa się pewnego księcia - Henryka Probusa o to, że był minnesengerem, czyli taką niemiecką odmianą twórców tej sztuki. A oto i on:

 

Master of the Codex.jpg

Master of the Codex Manesse (https://www.pinterest.co.kr/pin/464pxcodex_manesse_heinrich_von_breslau--184788390940253207/ - dostęp: 16.07.2023)

Na pewno działali przy dworach. Byli też wędrowni profesjonalni świeccy artyści – grajkowie, wykonujący bardziej zaawansowaną sztukę. Warto przy okazji dodać, że według teorii średniowiecznej muzyk to był ten, który wie. Natomiast ten, który potrafił zaśpiewać i zagrać, był nazywany muzykantem.

Wracając do Pani książki na temat bożogrobców, na czym polegał problem z klasztorem bożogrobców w Gnieźnie?

Zakonnicy w Gnieźnie zostali powołani do opieki nad szpitalem, który powinien być punktem głównym. Tymczasem starali się go przekształcić w klasztor i odejść od instytucji szpitala, do którego byli powołani. Wiązało się to również z dążeniem do uzyskania większej samodzielności względem arcybiskupa oraz duchowieństwa kapitulnego. I o to toczył się spór przez kilkaset lat.

A czy przekazywano im na rozwój jakieś prywatne dobra?

Mamy oficjalne dokumenty z XIII wieku, które mówią o tym, że książęta wielkopolscy darowują bożogrobcom określone dobra, po to, żeby prowadzili ów szpital. Na przestrzeni dziejów były też zapisy mniejszych darowizn ze strony prywatnych właścicieli.

A w przeciągu wieków widzimy, że posuwają się do tworzenia różnych falsyfikatów, które na przykład nadają im coraz większe możliwości finansowe. Czyli widzimy, że bożogrobcy bardzo się starali, niekoniecznie czystymi sposobami, powiększyć swój stan posiadania.

Skąd wiadomo o tych fałszerstwach?

Po pierwsze, w dokumentach kapitulnych jest zawarty cały ten spór, zapisany oczywiście w języku łacińskim. Znajdziemy tam zapis dotyczący tego, co robili bożogrobcy, jak na to odpowiadała kapituła, itd.

Po drugie, kapituła udowadniała nielogiczne następstwo zdarzeń: dlaczego po wiekach pokazywano jakiś dokument, skoro wcześniej go w ogóle nie było, gdzie on się podziewał?

Franciszek Sikora napisał bardzo dobry artykuł dotyczący tych najstarszych dokumentów, które mówią o podstawach istnienia i działalności bożogrobców św. Jana w Gnieźnie, gdzie w sposób merytoryczny i profesjonalny przeanalizował to zagadnienie.

A skąd w ogóle u Pani Profesor powstało zainteresowanie tematem bożogrobców?

Dużo wcześniej interesowałam się szpitalnictwem i w momencie, gdy zaczęłam przyjeżdżać do Gniezna, zaczęłam zgłębiać problem zakonu i szpitala św. Jana. Instytucja szpitala jest takim punktem, który ogniskuje w sobie różne problemy i zjawiska. Ale o tym opowiem Państwu szerzej, mam nadzieję, podczas spotkania autorskiego, po ukazaniu się publikacji.

A jaki tytuł będzie nosiła książka?

Tytuł roboczy to Historia bożogrobców św. Jana w Gnieźnie w czasach nowożytnych na podstawie źródeł gnieźnieńskich.

Ostatnie pytanie zwrócone jest w stronę współczesności i dotyczy odwrotu człowieka od humanizmu. Czy pokolenie, które właśnie wzrasta do dojrzałości, będzie potrafiło być „wychowane do kultury”, która z kolei decyduje o jakości życia społecznego? Czy w ogóle można dziś „wychowywać do kultury”?

Tak się składa, że ten temat jest mi bardzo bliski, ponieważ kiedyś nawet napisałam artykuł: „Wychowanie do kultury – przeszłość i teraźniejszość. Pytania i propozycje”. Doskonale wiemy na własnych przykładach z życia, że wcześniej, gdy uczyliśmy się w szkołach, by zgłębić jakąś konkretną wiedzę, wymagało to dużego zaangażowania z naszej strony. Wertowania wielu źródeł, zaangażowania, niemal pasji, by starannie opracować dany temat. Dziś klikamy i natychmiast znajdujemy na dany problem odpowiedź.

Mamy do czynienia z tak zwanym „intelektualnym fast foodem” – szybko pożeramy informacje i niemal tak samo szybko je wydalamy.

Zdecydowanie tak. I to wielki problem dla historyka. Młodzież, która jest zalewana zewsząd informacjami, nie potrafi samodzielnie ich przepracować ani zanalizować. Dostrzegam często brak samodzielności myślenia w stosunku do informacji. Kluczowym słowem pozostaje zatem samodzielność myślenia i nade wszystko wolność myślenia. Uczę młodzież i tu dostrzegam problem wynikający z pandemicznej pracy młodzieży przy komputerze.

Cała kultura TikToka i shortów pokazuje, że liczą się tylko bodźce, a nie treść. A czytanie książki jest zanurzeniem w się w temat.

Ubolewam nad tym, że brakuje współcześnie nam tego „przystanięcia”. Bardzo zależałoby mi na tym, aby właśnie świat kultury stał się domostwem, w którym może się schronić nasz niepokój. Wychowanie do kultury wymaga zatem namysłu, samodzielności oraz wrażliwości. Ale tej wrażliwości nie będzie, kiedy zostanie zagłuszana przez informacyjny zalew, a mówiąc wręcz mocniej: atak.

Byłabym bardzo szczęśliwa, gdyby ludzie potrafili dokonywać wyborów i umieli być samodzielni w tym, co robią.

Rezygnacja może, jak widzimy, być wartością.

Zdecydowanie tak. Lecz nie rezygnacja ze wszystkiego, a rezygnacja z płytkiego stawu na rzecz głębokiego jeziora. Na tym polega myślenie – na kontemplacji, badaniu źródeł i samodzielności w wyciąganiu sądów.

 

Rozmowę przeprowadzili: Irmina Kosmala, Marek Jabłoński

Opieka merytoryczna: Anna Dominiczak