Złuda - Carmen Laforet

Egzystencjalne studium piekła, jakie tworzą ludzie dla siebie samych. Hipnotyzująca i przerażająca powieść o pustce i bezskutecznych próbach oderwania się od niej. Mglista w swej tajemniczości i jednocześnie jaskrawa od ukazanego w niej okrucieństwa. Fosforyzująca niesamowitym blaskiem głównej bohaterki w mroku spowijającym wykreowane otoczenie.

Tak można na wstępie określić wznowioną przez Świat Książki powieść Carmen Laforet, której lektura wywoła wstrząs i niemal fizyczny ból. Chociaż porównania do Camusa i Sartre’a, jakie pojawiają się na okładce są może nieco na wyrost, jest to niewątpliwie przykład literackiego egzystencjalizmu myślowego, któremu autorka nadaje dodatkowe znaczenia.

To opowieść o przybyciu, doświadczeniu i wyjeździe. Niemym świadkiem zdarzeń uczyni autorka Barcelonę – miasto opisane równie niejednoznacznie, jak niejednoznacznie nakreślone są doskonałe portrety psychologiczne bohaterów, mieszkańców kamienicy przy ulicy Aribau.

Pewnej nocy do domu swojej babci i wujostwa przyjeżdża z prowincji młodziutka Andrea. Dziewczyna liczy na odmianę losu, którą zapewnić ma jej pobyt w dużym mieście i studia na uniwersytecie. Tymczasem od samego początku zasadniczym doświadczeniem Andrei będzie lęk, samotność i wyobcowanie. Trafi bowiem do domu, w którym wydają się żyć upiory. Do domu, w którym panuje mrok, w zakurzonych pokojach kryją się tajemnice, a mieszkańcy są kostyczni i przerażająco chłodni.

Największe wrażenie wywiera na czytelniku ciotka Angustias. To ona chce wychować Andreę wedle własnych zasad. To ona próbuje jej wpoić własne pojęcie normalności, etyki i dobrego zachowania, ona demonizuje Barcelonę, sama stając się kimś na kształt mrocznego widma, rozmodlonego i apodyktycznego: Miasto, moje dziecko, jest piekłem. A w całej Hiszpanii nie ma miasta, które bardziej przypominałoby piekło, niż Barcelona… (…) Tu ludzie żyją w gromadzie, szpiegując jedni drugich. Nigdy nie dość ostrożności w postępowaniu, bo diabeł potrafi przybierać kuszącą postać*.

Kiedy ciotka usunie się wreszcie z drogi bohaterki i pozwoli jej odetchnąć pełną piersią, Andrea będzie zmuszona do stawienia czoła diabolicznemu wujowi Romanowi, uwodzicielowi kobiet, oschłemu nihiliście wywierającemu na niej jednak niezwykle silne wrażenie. Roman od początku próbuje uświadomić Andrei, iż jej życie stanie się pasmem klęsk i samotności. W jednej z rozmów mówi do siostrzenicy: Gdybym potrzebował przyjaciół, znalazłbym ich łatwo. Miałem ich i kiedyś porzuciłem. Tobie też znudzi się wszystko. Któż jest na tym pięknym i plugawym świecie dość interesujący, żeby go ścierpieć? Ty też wkrótce odeślesz wszystkich ludzi do diabła, kiedy ci przejdzie ten pensjonarski romantyzm.

Zanim w pewien sposób spełni się przepowiednia Romana, Andrea zawiąże przyjaźń z radosną kokietką Eną, która nada jej życiu blask. Dziewczęca przyjaźń zostanie jednak wystawiona na próbę, tak jak każda bliższa relacja międzyludzka, jaka zostaje zawiązana w powieści. Nie możemy być pewni nawet wszechogarniającej dobroci babci – strażniczki rodzinnych sekretów, niemej obrończyni swego syna Juana, który notorycznie bije własną żonę i obrzuca ją wyzwiskami (nie tylko ją zresztą). Andrea pokornie znosi wszystkie przykrości, jakie stale czynią jej członkowie barcelońskiej rodziny, ale i ona w końcu krzyknie i trzaśnie drzwiami…

Chwilowym ukojeniem jest dla niej towarzystwo artystycznych niebieskich ptaków dotowanych przez swych bogatych rodziców. Pozorność wartości ich umysłów, rzekomo otwartych na zmiany i nie zatęchłych drobnomieszczańskim zaduchem egzemplifikowanym przez rodzinę z ulicy Aribau, jest kolejnym aspektem tytułowej złudy, jaką przynosi Andrei Barcelona. W końcu bohaterka czyni smutną konstatację: Szłam przed siebie, jak gdyby drogą mego własnego życia, zupełnie pustą, patrząc na cienie ludzi, przemykające się obok mnie i nieuchwytne, co chwila natrafiając u każdego wylotu ulicy na własną, nieuchronną samotność. Czy będzie w stanie cokolwiek w swym życiu zmienić i czy, aby to zrobić, będzie mogła nadal pozostać w pięknym, ale i smutnym mieście, do którego przyjechała z tyloma nadziejami?

Carmen Laforet w mistrzowski sposób portretuje szereg toksycznych relacji tworzonych przez bohaterów jej powieści. „Złuda” kipi od ukrytych w niej znaczeń, a jednocześnie jest klarowna i jednoznaczna w swej dosłownej warstwie semantycznej. Można tę przygnębiającą opowieść odczytać na wiele sposobów. Zaproponowane przeze mnie w niniejszej recenzji ścieżki interpretacyjne to zaledwie kilka możliwości pozwalających na to, by w pełni tę historię przeżyć. Niemożliwa jest natomiast lektura bez wywołania emocji w czytającym – jest to bowiem książka, która przede wszystkim emocjami została napisana.


                                                                                                                           Jarosław Czechowicz


* Tekst zaznaczony kursywą pochodzi z książki Carmen Laforet, Złuda, wyd. Świat Książki, 2007.