Spoina - Irmina Kosmala

Spoina Irmina Kosmala 2026.jpg

Autorka recenzji: Katarzyna Kuroczka

 

Parabola ludzkiej kondycji

 

Spoina Irminy Kosmali pozostawiła we mnie coś w rodzaju pieczęci, która kończy pewien proces, zatwierdzając go swoją powagą, dopełnieniem, swoistą kropką nad i. Pod pieczęcią nie ma już ciągu dalszego, można co najwyżej odczytać mniej lub bardziej wyraźny podpis, którym ktoś sygnuje to, co za/o/pieczętowane.

Po lekturze Złudy wiedziałam, czego mniej więcej spodziewać się po prozie Kosmali. Byłam pewna, że czeka mnie podróż po świecie onirycznym, wieloznacznym, wielowątkowym, niedopowiedzianym, który zaprasza mnie do współtworzenia fabuły poprzez wewnętrzne wędrówki wyobraźni, interpretacji i odczytań. Czeka na mnie świat, w którym przestrzeń i czas ulegają ciągłym przekształceniom, a tym, co niesie narrację, jest nie tyle realizm, dbałość o szczegóły, dosłowność, rozbudowane psychologiczne opisy postaci, co raczej wizyjność i poetyckie niedomówienie.

I nie zawiodłam się, bo Spoina doskonale wpisała się we wszystkie moje antycypacje, domykając je przekonaniem, że autorka Złudy pisze podobnie do malarza, który wykonuje szybkie, niezwykle ekspresyjne szkice fragmentów poszczególnych postaci, miejsc, wydarzeń, z których być może kiedyś zbuduje pełne dzieło, ale które to rysunki traktuje równocześnie jako pełnoprawne kompozycje, wytwory, w które wkłada tyleż samo kunsztu, miłości i zaangażowania, co w wielowarstwowe epopeje malarskie.

Kosmala pisze tak, bo w moim przekonaniu to jest jej wybór, zamierzony styl i osobisty sposób postrzegania rzeczywistości. Jej światy przedstawione są może nieco porwane, przypominają momentami zbiór szkiców z teczki artysty malarza, ale zarazem w takiej narracji jest konsekwentna, kontynuuje ją w kolejnych tytułach, a zatem jest to świadomy zabieg literacki, warsztatowy, do którego ma pełne prawo.

Już Roman Ingarden pisał, że literatura niejako z natury jest niedookreślona, a ilość i rozmieszczenie tych „niedokończonych” miejsc w utworze są zmienne i zależą od jego rodzaju, stylu, jak i indywidualnego piętna artystycznego. Kosmala doskonale to wyczuwa, dlatego z dostępnego panoptikum postaci wybiera tylko te, które pragnie naświetlić, ożywić, które przemawiają do niej samej, w panoramie wydarzeń i miejsc namaszcza tylko te, które w swojej wizji postrzega jako konieczne dla zaistnienia bohaterów.

I choć pisze również o historycznych osobach oraz punktach de facto istniejących na mapie, nie czuje się przymuszona do werystycznych czy też historiograficznych opisów. I całe szczęście, bo wtedy byłaby to literatura faktu, reportaż lub ewentualnie historyczna eseistyka, nie zaś literatura piękna. O wiele trafniejszym wyborem był ten dokonany przez Kosmalę, który umieścił Spoinę gdzieś na skrzyżowaniu powieści parabolicznej, opowiastki filozoficznej, a nawet pewnych cech dramatu, dzięki czemu powstał utwór pokrewny Kafce, Schultzowi, a nawet pod pewnymi zastrzeżeniami Conradowi.

Czy to dobre pokrewieństwo? Dla mnie wyśmienite i autorka nie ma się czego wstydzić, że do takich mistrzów pióra aspiruje. Nie każdy musi być i mało komu udało się być Dostojewskim, Myśliwskim czy Mannem. Powiedzmy sobie szczerze, udało się to tylko tym trzem panom. Kosmali natomiast udało się, w moim odczuciu, wypracować własny styl i warsztat, który przełożył się na stworzenie głęboko prawdziwego obrazu osób chorych psychicznie.

Zawodowo pracuję z młodzieżą ze spektrum autyzmu i ten temat jest mi niezwykle bliski zarówno w teorii, jak i praktyce. Mogę śmiało powiedzieć, że moja praca polega na wchodzeniu w buty tych osób po to, by móc im towarzyszyć w odpowiedniej bliskości, ale zarazem dystansie. Z tego powodu bardzo mocno przemówiło do mnie zdanie lekarza psychiatry skierowane do Andrzeja Apejrona: „To, co u innych rozmywa się w codzienności, u pana wybrzmiewa jak krzyk” (s. 22).

 

Czytaj więcej na: Recogito.eu

 

-----------------------------------------------------------------