Kuźnia Literacka
Logo

Latem Unia Literacka rozpoczęła kampanię "10 procent".  Przez kilka dni wiele pisarek i wielu pisarzy pokazywało w sieci, ile własnych książek musieliby sprzedać, żeby kupić rzecz zwyczajną: bilet, laptop, pączka. Obrazki były celne, bo konkretne, a liczba pod nimi niewesoła: autor zarabia dziś średnio 2 złote 38 groszy na sprzedanym egzemplarzu. Z badań zleconych przez Instytut Książki wynika, że dochody zdecydowanej większości piszących nie osiągają poziomu płacy minimalnej. Postulat brzmi: ustawowe minimum dziesięciu procent ceny okładkowej dla autora. Żądanie jest sprawiedliwe. Pytanie tylko, czy samo wystarczy.

Kampania mówiła o podziale tortu - o tym, jak podzielić kwotę, którą czytelnik zostawia w kasie. Za tym sporem kryją się jednak dwa pytania bardziej niewygodne: jak duży jest ten tort i czy pisarz rzeczywiście może się nim najeść.

Zastrzegę od razu: piszę z pozycji kogoś spoza tego komercyjnego rynku, na którym książka ma być źródłem utrzymania. Jako 72 - letni przede wszystkim poeta dobrze wiem, że z samej sprzedaży poezji praktycznie nikt się dziś w Polsce nie utrzyma; wiersz należy raczej do ekonomii daru niż handlu. Mówię więc o tych, dla których książka jest - albo powinna być - chlebem.

Tort jest mały. Według najnowszego raportu Biblioteki Narodowej w 2025 roku co najmniej jedną książkę przeczytało 41% Polaków - dokładnie tyle samo co rok wcześniej. O obrazie rynku nie przesądza jednak liczba tych, którzy raz w roku sięgnęli po książkę, lecz niewielka grupa czytających regularnie. To na niej opiera się znaczna część sprzedaży, a w jej obrębie dominują gatunki popularne. Ambitna proza zajmuje skrawek, poezja - skrawek skrawka.

Ktoś powie: pisać po angielsku. Dla autora thrillera może to być rada praktyczna - rynek jest wielokrotnie większy. Dla literatury żyjącej przede wszystkim językiem bywa to jednak złudzeniem. Przekład na angielski pozostaje marginesem, a pieniądz także tam częściej idzie za gatunkiem niż za zdaniem, nad którym pracowało się tydzień.

Do małego popytu dochodzi nadmiar podaży. W Polsce ukazuje się ogromna liczba nowych tytułów, a rynek coraz częściej działa według logiki loterii: wydawca rozsypuje premiery i liczy, że któraś trafi. Książce ze średniej półki nie daje ani promocji, ani czasu. Uderza to w autora podwójnie: rozprasza uwagę czytelników i obniża wartość niesprzedanego nakładu, który szybko trafia na przecenę albo do przemiału.

 

Nadprodukcja jest jednak objawem, nie chorobą. Wydawca może zalewać rynek, bo znaczną część ryzyka przerzucił na autora: zaliczka jest niska albo nie ma jej wcale, a wysoki rabat dystrybucyjny i tak pochłania dużą część ceny książki. Problem nie brzmi więc: „za dużo książek”. Raczej: za dużo książek wydawanych na cudzy koszt.

Tu pojawia się zarzut pozornie nie do obalenia. Skoro autor ma dostawać więcej od egzemplarza, cena okładkowa wzrośnie; skoro wzrośnie, przy słabym popycie sprzedaż spadnie; a wtedy pisarz, choć zarobi więcej na sztuce, w sumie dostanie mniej. Żelazne prawo­-dopóki się go nie policzy. Jeżeli autor otrzymuje dziś średnio 2,38 zł od jednego sprzedanego egzemplarza książki, a ustawowe minimum wynosiłoby 10% od książki kosztującej 50 zł, to jego honorarium wzrosłoby do 5 zł - a więc przeszło dwukrotnie. Cenę zwiększyłoby to jednak, przy najprostszym rachunku, tylko o 2,62 zł (o różnicę między nową stawką a starą), czyli o niewiele ponad 5 procent. Aby autor na tej zmianie stracił, sprzedaż musiałaby spaść o ponad połowę. Po pięcioprocentowej podwyżce byłby to scenariusz skrajny. Mechanizm „cena w górę, wolumen w dół” jest prawdziwy, ale tutaj ogon próbuje machać psem.

Prawdziwe ostrze tego zarzutu znajduje się gdzie indziej - nie po stronie czytelnika, lecz wydawcy. Ustawowy próg może sprawić, że wydawca przestanie publikować książki, które go nie udźwigną: ryzykowny debiut, cienki tom eseju, prozę, która nigdy nie pokryłaby kosztów. Skutek nie będzie taki, że autor dostanie mniej od egzemplarza, lecz taki, że niektórzy autorzy w ogóle nie zostaną wydani. Rynek jeszcze mocniej stłoczy się wokół pewniaków.

Reforma pomoże więc przede wszystkim temu, kto już się sprzedaje, a marginalnego autora może wypchnąć nie z honorarium, lecz z publikacji. I będzie to często właśnie ambitna, niskonakładowa literatura mieszkająca po sąsiedzku z poezją. Dlatego trzeba upominać się nie tylko o procent, ale również o to, by procent nie zamknął drzwi tym, którzy dopiero przez nie przechodzą.

Jest i druga prawda, o której pisarze mówią niechętnie. Z pióra utrzyma się w dzisiejszej Polsce garstka autorów - podobnie jak sto lat temu. Reszta musi mieć drugi zawód albo zmienić pierwszy. Nie jest to hańba ani nowość. William Carlos Williams był lekarzem, Wallace Stevens pracował w ubezpieczeniach, T.S. Eliot w banku, Philip Larkin w bibliotece, Franz Kafka w instytucji ubezpieczeniowej. Praca „obok” bywała warunkiem wolności: można pisać, co się chce, właśnie dlatego, że nie zależy się od tego, czy książka się sprzeda. To potrzebne otrzeźwienie wobec pisarskiego użalania się nad sobą.

W formule „realia rynkowe”, którą zwykle pieczętuje się tę prawdę, przemyca się jeszcze jedno zdanie: skoro wydawanie książek ma być biznesem samofinansującym się… Owo "skoro" nie opisuje natury świata. Jest wyborem - i wyborem, który wiele państw europejskich w odniesieniu do książki świadomie ograniczyło. Jednolita cena, wynagrodzenie za wypożyczenia biblioteczne, stypendia i zakupy do bibliotek istnieją dlatego, że uznano rynek książki za niedomknięty. Jego zawodność potraktowano jako problem do naprawienia, nie wyrok do przyjęcia.

Można więc być realistą co do własnego utrzymania, a zarazem nie godzić się na kilka złotych dla autora obok kilkudziesięcioprocentowej marży w łańcuchu dystrybucji. To dwie różne wartości. Realista, który ich nie odróżnia, nie jest twardy - jest nieuważny, a jego realizm zaczyna osłaniać bałagan, zamiast go nazwać.

Rozdzielmy zatem trzy rzeczy, które w tej debacie zlepia się w jedną. Że z pisania wyżyje garstka­-prawda. Że większość będzie potrzebowała innej pracy - prawda. Że książka jest zwykłym towarem, który należy pozostawić samej arytmetyce rynku - to już nie fakt, lecz stanowisko.

Jesienią 2025 roku Ministerstwo Kultury ogłosiło założenia ustawy o ochronie rynku książki, opartej na trzech filarach: jednolitej cenie nowości przez dwanaście miesięcy od premiery, maksymalnym rabacie w dystrybucji ograniczonym do czterdziestu pięciu procent oraz obowiązkowym raportowaniu sprzedaży do Głównego Urzędu Statystycznego. W marcu 2026 roku projekt trafił do konsultacji międzyresortowych; Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów ocenił go krytycznie, a do Sejmu - mimo zapowiedzi - wciąż nie wpłynął. Wzór jest niemiecki i francuski: stała cena książki obowiązuje u naszych sąsiadów od dziesięcioleci, gdzieniegdzie od przeszło stu lat, i wszędzie opiera się na tym samym założeniu, że książka nie jest zwykłym towarem.

Sama Unia Literacka przyjęła te propozycje z ostrożnym poparciem­-i z wyraźnym „za mało”. Jej prezeska, Joanna Giera - Onoszko, nazywa jednolitą cenę mechanizmem sprawdzonym: książka, której przez rok nie wolno gwałtownie przecenić, dostaje wreszcie szansę pożyć na półce dłużej niż parę tygodni. Zarazem powtarza, że trzy filary ministerstwa wzmacniają wydawcę i księgarnię, lecz autora zostawiają na później - o honorarium pisarza, o owe dziesięć procent, w projekcie nie ma ani słowa. Unia dopomina się więc filaru czwartego: systemowego wsparcia literatury na wzór Instytutu Sztuki Filmowej. I- co znamienne - sprzeciwia się prostemu obniżeniu VAT - u na książki, widząc w nim gest pozorny, który rozpłynie się w nieprzejrzystym rynku, zamiast trafić do twórcy. To jest sedno sporu: ustawa porządkuje handel, ale nie mówi, ile z uporządkowanego handlu należy się temu, kto książkę napisał.

Co z tego wynika dla Polski? Że lekarstwem nie jest sentyment, lecz struktura - i że kilku jej cegieł nie trzeba już wymyślać, trzeba je tylko ułożyć do końca i uzupełnić o tę brakującą.

Po  pierwsze - doprowadzić ustawę o ochronie rynku książki do końca, z jednolitą ceną nowości jako trzonem. Mechanizm ten ogranicza wojnę rabatową, wzmacnia małe księgarnie i stabilizuje podstawę, od której w ogóle można liczyć honorarium autora. Projekt istnieje; grozi mu tylko to, co w Polsce najczęstsze - że utknie w konsultacjach i rozpłynie się w zapowiedziach.

Po drugie ­- wprowadzić obowiązkowe i przejrzyste raportowanie sprzedaży, które w projekcie już jest, ale które trzeba pomyśleć nie tylko pod kątem statystyki. Autor powinien móc sprawdzić, ile egzemplarzy sprzedano, zwrócono, przeceniono i zniszczono oraz od jakiej kwoty naliczono jego wynagrodzenie. Dane spływające do urzędu statystycznego niewiele mu dadzą, jeśli nie dotrą również do niego.

Po trzecie ­- przyjąć ustawowe minimalne honorarium, którego w rządowym projekcie właśnie brakuje, ale nie ma być to samotne minimum. Sam próg może wypchnąć z planów wydawniczych książki ryzykowne. Musi mu więc towarzyszyć mechanizm wspierający debiut, esej, tom wierszy i przekład z małego języka.

Po czwarte - powołać Polski Fundusz Literatury, działający podobnie jak Polski Instytut Sztuki Filmowej: stały, systemowy mecenas tego, czego sam rynek nie uniesie - ów czwarty filar, o który dopomina się Unia. Nie finansowany wyłącznie z corocznej łaski budżetu, lecz także z niewielkiej opłaty pobieranej od podmiotów zarabiających na obrocie książką. Kto korzysta z rynku, powinien dokładać się do podtrzymywania jego różnorodności.

Po piąte - ograniczyć ciężar wysokiej marży, narzucanej przez łańcuch dystrybucji. Projektowany pułap rabatu, czterdzieści pięć procent, idzie w dobrą stronę, bo to tam, a nie wyłącznie w kieszeni czytelnika, znajduje się przestrzeń, z której może wzrosnąć udział autora. O tym w całej debacie mówi się najciszej, choć właśnie tam leży największa część pieniędzy.

Po szóste - wprowadzić rzeczywiste wynagrodzenie za wypożyczenia biblioteczne i rozsądny system zakupów do bibliotek. W 2025 roku biblioteki publiczne wskazało jako źródło czytanych książek 19% czytelników - najwięcej od lat. Skoro książkę coraz częściej się pożycza, autor powinien mieć z tego pożyczania coś więcej niż satysfakcję.

Po siódme ­- skuteczniejsza ochrona przed piractwem oraz wykorzystywaniem chronionych utworów do trenowania modeli sztucznej inteligencji bez przejrzystych zasad i należnego wynagrodzenia. To nie jest problem przyszłości. Prawo już dziś pozostaje za technologią.

Na koniec uczciwość realisty, ale postawiona prosto. Nawet gdyby wprowadzić wszystkie te rozwiązania, książka wyżywi garstkę. Reszta będzie uczyć, tłumaczyć, redagować, leczyć - i pisać w godzinach, które zostaną, jak pisała od zawsze. To nie jest skandal. Skandalem są nieprzejrzystość i niesprawiedliwy podział. One nie są prawami rynku, lecz skutkiem jego zaniedbania. Prawa rynku, na które tak chętnie się powołujemy, w tej sprawie nie istnieją. Prawo, które istnieć powinno, wciąż nie zostało napisane.

 

------------------------------------

Krzysztof Gołębiewski - poeta pochodzący z Poznania, a mieszkający w Kołobrzegu.