
Autor recenzji: Igor Frender
Słowa w pętli. O poezji Edyty Kulczak
Wiersze Edyty Kulczak mają jedną wielką zaletę: trudno pomylić je z cudzymi. Autorka wypracowała własny sposób pisania — potoczny, zaczepny, pełen nagłych skojarzeń, nawiasów i komentarzy. Jej utwory przypominają konkretną, szarpaną prozę. Zdania przyspieszają, zatrzymują się, skręcają w bok, zahaczają o wspomnienie, wiadomość z telefonu, obraz wiszący na ścianie albo kąśliwą uwagę dotyczącą samego pisania. „Pętle” wciągają, ponieważ czytelnik szybko wpada w ich rytm i zaczyna podążać za myślami osoby mówiącej.
Tytuł dobrze oddaje sens całego cyklu. Powracają w nim podobne relacje, zranienia, gesty i słowa, które miały coś wyjaśnić, a jeszcze bardziej wszystko skomplikowały. Podmiot liryczny jest zapętlony zarówno w uczuciu, jak i w potrzebie jego opisania. Pisanie pomaga mu przetrwać, ale nie pozwala zamknąć przeżywanej historii. Każde wyjaśnienie rodzi następną wątpliwość, każde wspomnienie przywołuje kolejne, a wiadomość wysłana do mężczyzny zaczyna działać podobnie jak wiersz wysłany czytelnikowi. Po obu następuje oczekiwanie na odpowiedź.
„Pętle” mają również wyraźny zamysł fabularny. Można je czytać jak niewielką powieść rozbitą na ponumerowane wiersze. Jej początkiem jest wspomnienie małżeńskiej zdrady, na które nakłada się późniejsza relacja z mężczyzną związanym ze sztuką. Powracają wiadomości, okresy milczenia, zazdrość, inne kobiety, wspólna muzyka i obrazy wiszące na ścianach. Nie jest najważniejsze, czy w kolejnych utworach pojawia się ten sam mężczyzna. Istotne pozostaje to, że podmiot liryczny za każdym razem odtwarza podobny schemat oczekiwania i zranienia. Próbuje wydostać się z niego za pomocą pisania, lecz każdy nowy wiersz staje się następnym ogniwem. W ten sposób cykl układa się jednocześnie w historię miłosną, opowieść o powstawaniu poezji i zapis stopniowego rozpoznawania własnego zapętlenia.
Kulczak potrafi zbudować napięcie z bardzo zwyczajnej sytuacji. Wystarczy telefon i pytanie: „odpisać czy odczekać godzinę”. Osoba mówiąca wyłącza aparat, po chwili ponownie go włącza, analizuje milczenie i próbuje odgadnąć znaczenie każdego gestu. Niepokój przenosi się do ciała, gdzie „wzbiera lawa kamieni”. Pętla staje się więc nie tylko powracającym sposobem myślenia, lecz także więzią i zaciskającym się stryczkiem:
dusisz się ciągle podduszasz
własnymi słowami
Źródłem cierpienia nie jest wyłącznie drugi człowiek. Równie silnie działa potrzeba analizowania, wspominania i dopowiadania. Podmiot liryczny zdaje sobie z tego sprawę i potrafi być wobec siebie bezlitosny: „tupiesz słowem jak gówniara”. To zdanie ostre, zabawne i prawdziwe. Dobrze pokazuje energię tej poezji. Słowo nie jest tutaj starannie ułożonym przedmiotem. Tupie, szarpie się, złości i domaga odpowiedzi.
Autorka wyraźnie oddziela siebie od osoby mówiącej. Podmiot liryczny zwraca się do siebie w drugiej osobie. Dzięki temu jednocześnie przeżywa i obserwuje własne przeżywanie. Czuje, ale zaraz potem poprawia, komentuje lub wyśmiewa to, co poczuł. Szczególnie dobrze widać to we fragmencie odwołującym się do Charlesa Bukowskiego:
przy pętli 11 zauważyłaś że twoje pętle
przypominają pętle Bukowskiego (albo tak byś chciała?)
w kobiecym wydaniu tyle że po kobiecemu
nie piszesz zwyczajnie i prosto o pieprzeniu
zaroście ramionach i silnych lędźwiach
tylko babrzesz się w uczuciach wspomnieniach
traumeczkach pisarskich damsko-męskich
Jest to autoportret podmiotu lirycznego, ale również ironiczna zabawa stereotypowym podziałem na poezję męską i kobiecą. Mężczyzna może pisać dosadnie o seksie i ciele, kobiecie zostawia się uczucia, wspomnienia oraz traumy. Kulczak przywołuje ten schemat, aby go przerysować i podważyć. Nie naśladuje Bukowskiego i nie tworzy jego kobiecej wersji. Pisze po swojemu — bezpośrednio, nerwowo, chwilami bezczelnie, ale z dużą świadomością języka.
Ważnym tematem „Pętli” pozostaje strach przed banałem. Podmiot liryczny chce napisać o miłości, lecz natychmiast zaczyna komplikować wypowiedź, dodawać „filozoficzne sztuczki” i „z ostrożności” zamienia kota w yeti. To zabawne, ale także bardzo trafne. Współczesny poeta nieraz bardziej niż fałszu boi się zarzutu, że nie jest wystarczająco oryginalny. Najprostsze pragnienie — zaprosić drugiego człowieka, aby był blisko — pozostaje niewypowiedziane, ponieważ mogłoby zabrzmieć ckliwie. „Poezja waży / słowa aptekarską wagą” i z narzędzia porozumienia staje się jego cenzorem.
Prywatne oczekiwanie na odpowiedź znajduje odbicie w życiu literackim. Pojawiają się tłumacze, profesorowie, zaprzyjaźnieni autorzy, konkursy, dyplomy i rozdawane sobie nawzajem lajki. Kulczak opisuje ten świat ostro, ale nie udaje, że podmiot liryczny stoi ponad nim. On również pragnie zainteresowania, publikacji i uznania. Mistyczna fotografia przegrywa z filmem pokazującym kaczki „żrące rozmoczony chleb”, ponieważ właśnie kaczki zdobywają aprobatę towarzystwa wzajemnej adoracji. Jest w tym złośliwość, ale jest też dobra znajomość środowiska i mechanizmów, w których wszyscy w pewnym stopniu uczestniczymy.
Spod ironii co pewien czas wyłania się zwyczajna potrzeba zrozumienia. Zmarła ciotka staje się idealną czytelniczką, która nawet „po tamtej stronie” potrafi zobaczyć „miłość i miotanie”. Nie ocenia, nie poprawia i nie przyznaje nagród. Po prostu rozumie. Ten krótki obraz mówi o samotności więcej niż niejedno rozbudowane wyznanie.
Kulczak chętnie igra także z wielkimi symbolami. Sięga po Mickiewiczowską liczbę czterdzieści i cztery, trzydzieści trzy lata Chrystusa, Boga, źródło oraz ścieżki wśród sosen:
bo imię jego było 40 i 4 a zmarł gdy miał 30 i 3
a pętla 44 jest na pewno znacząca i czekasz sama
o czym w niej napiszesz więc zdajesz się na los
długopisie prowadź!
bo w liczbach zaklina się bóg
o ścieżkach wytyczonych wśród sosen
powrocie do źródła
do a e o
(wypadło jak należy nawet nadspodziewanie
znacząco!)
Osoba mówiąca chciałaby znaleźć w liczbach jakiś porządek, ale jednocześnie dobrze wie, jak łatwo poezja może taki porządek wyprodukować. Dlatego pojawia się autoironiczne „długopisie prowadź!”, a całość zamyka żartobliwy komentarz. Wielka tradycja nie zostaje odrzucona. Trafia jednak do żywego, współczesnego języka, który nie pozwala jej zastygnąć w pomnikowej pozie.
Jedną z najlepszych puent przynosi scena w parku. Ludzie mówią o „magii”, „metafizyce” i „poezji w malarstwie”, podczas gdy:
chłopiec
zwyczajnie sikał w górę
przerywaną linią
Kulczak znakomicie przebija balon patosu. Jednocześnie „przerywana linia” sama staje się mocnym obrazem poetyckim. Nawet żart z metafory tworzy kolejną metaforę, a pętla zaczyna się od nowa.
Wiersze Kulczak są odważne i, co tu dużo mówić, buntownicze. Buntują się przeciwko poetyckim konwencjom, ale również przeciwko światu, który wyrósł wokół współczesnej poezji: konkursom, układom, donosom, naciskom i coraz trudniejszemu do zniesienia „towarzystwu wzajemnej adoracji”. Podmiot liryczny przywołuje gorzką, a zarazem absurdalnie zabawną sytuację:
czyli jak powiedział sekretarz ważnego konkursu
– autoplagiat – by nie dopełnić nagrody ze strachu
przed donosicielem lub z innych nacisków
Kulczak nie przygląda się temu środowisku z bezpiecznej odległości. Wchodzi w nie, szarpie się z nim i mówi o mechanizmach, o których zazwyczaj wspomina się po cichu. Jest to walka zarówno ze współczesną poezją, która zbyt często zamyka się w wygodnych i powtarzalnych formach, jak i ze światem wzajemnych pochwał, publikacji, nagród oraz środowiskowych zależności. Ta buntowniczość nie jest jednak pustym gestem. Wynika z potrzeby ocalenia poezji żywej, bezczelnej i naprawdę osobnej.
Szczerze mówiąc, trudno znaleźć dziś na rynku podobną książkę poetycką. „Pętle” nie giną wśród innych tomików i nie przypominają kolejnej starannie wygładzonej poezji, po której po kilku dniach nie pozostaje w pamięci ani jeden wers. Ta książka stanowczo się wyróżnia. Można się z nią spierać, można dać się jej sprowokować, ale trudno przejść obok niej obojętnie. Jeszcze trudniej pomylić głos Edyty Kulczak z głosem kogokolwiek innego.
Ważną częścią tomu są również znakomite, intrygujące ilustracje Witolda Zakrzewskiego. Nie pełnią one funkcji zwykłych ozdobników, lecz prowadzą z wierszami własny dialog. Poszarpane linie, szkicowość i niepokój rysunków dobrze współgrają z gwałtownym rytmem tekstów, ich zapętleniem oraz nagłymi zmianami myśli. Dzięki temu Hoho jest książką przemyślaną nie tylko poetycko, lecz także wizualnie.
-------------------------------------------
Edyta Kulczak, Ho ho!, Wydawnictwo Miejskie Posnania, Poznań 2025.
