Kuźnia Literacka
Logo

W sierpniu 2026 roku przypada 86. rocznica bitwy o Anglię. Pamiętamy, że brali w niej udział polscy lotnicy i uratowali Wielką Brytanię przed hitlerowską inwazją. Jest więc okazja, żeby przypomnieć książkę Arkadego Fiedlera Dywizjon 303. Niedawno ukazało się jej kolejne wydanie (Bernardinum, 2022), które wstępem opatrzyli synowie autora Marek i Arkady Radosław Fiedlerowie. W lipcu odwiedziłem Muzeum-Pracownię Literacką w Puszczykowie koło Poznania, które powstało w 1974 roku. Obecnie opiekuje się nim wnuk pisarza – Marek Oliwier Fiedler z żoną Stefanią, malarką. Jest muzealnikiem, fotografem, filmowcem i podróżnikiem.



Marek O. Fiedler i E. Toman, 20 VII 2026 © T. Tomsia

Udzieliłem mu filmowego wywiadu do cyklu spotkań ze współczesnymi lotnikami o przygodach podchorążych w dęblińskiej „Szkole Orląt”. Swoje doświadczenia opisałem w książce Alarm pod gwiazdami (2021). Opowiedziałem też o niezwykłych zdarzeniach w lotnictwie wojskowym i ucieczkach pilotów z PRL: Śmiercionośne skrzydła (2020) i Odlecieli z „Gniazda Orląt” (2025).


Oryginalne eksponaty z podróży po Kanadzie i Ameryce Południowej, które zgromadził Arkady Fiedler, a także jego synowie, również pisarze podróżujący po Azji, Afryce i obu Amerykach, zaprezentowane w muzealnym ogrodzie robią duże wrażenie na zwiedzających, zwłaszcza repliki żaglowca Krzysztofa Kolumba i rekwizyt samolotu Hurricane w skali 1:1. Wielkoformatowe archiwalne fotografie wykonane przez Marka Oliwiera, wyeksponowane na ścianach Pracowni Literackiej, przypominają o II wojnie światowej. Można na nich rozpoznać sylwetki polskich lotników. Są roześmiani, pełni wigoru, lecz ich życie nie było radosne, wielu z nich zginęło podczas walk powietrznych, nieliczni powrócili do kraju będącego już pod okupacją sowiecką.

Po spotkaniu otrzymałem w prezencie najnowsze wydanie książki Dywizjon 303 i historia lotnictwa odżyła we mnie na nowo. Wcześniejsze wydanie czytałem już w liceum. Najpierw chciałem zostać marynarzem, gdy poznałem tajniki żeglowania na jeziorze w Choszcznie, gdzie mieszkałem. Zapragnąłem być lotnikiem dopiero wtedy, gdy odbyłem kurs Lotniczego Przysposobienia Wojskowego na szybowcach w szczecińskim aeroklubie. Po maturze i egzaminach wstępnych do dęblińskiej szkoły lotniczej komisja kwalifikacyjna pytała, co sprowadza mnie do lotnictwa. Powiedziałem bez wahania, że książka Dywizjon 303 Arkadego Fiedlera.  Było to poznańskie broszurowe wydanie na pożółkłym papierze gazetowym z 1989 roku.  Tekst opatrzony został autorskimi czarno-białymi fotografiami lotników i samolotów. W starszej wersji jest ich 24, z kilkunastoma małymi rysunkami Artura Horowicza, w nowszej – 19, bardziej dostosowanymi do treści książki. W poprzedniej nie ma notki o autorze, najnowsza przedstawia go na okładce.

Arkady Fiedler urodził się 28 listopada 1894 roku w Poznaniu. Był synem Antoniego Fiedlera, poligrafa i wydawcy. Od najmłodszych lat ojciec wzbudzał w nim zainteresowanie przyrodą. Przy wsparciu rodziców (matka Franciszka pochodziła z domu Krajewiczów) studiował filozofię i nauki przyrodnicze na Uniwersytetach Jagiellońskim i Poznańskim. I wojna światowa, powstanie wielkopolskie, w których brał udział, wstrzymywały jego edukację. W latach 1922-1923 kontynuował studia w Akademii Sztuk Graficznych w Lipsku. Pięć lat później odbył pierwszą podróż przyrodniczą do Brazylii, w 1933 roku wyruszył do Amazonii, gdzie powstała jego książka Ryby śpiewają w Ukajali, zaś trzy lata później, już w Ameryce Północnej, opiewał Kanadę „pachnącą żywicą”. Wybuch II wojny światowej zastał go na Tahiti. Opuścił wyspę w lutym 1940 roku i dotarł do Francji, następnie – do Wielkiej Brytanii, gdzie powstawały polskie jednostki. Zgłosił się tam jako porucznik rezerwy piechoty, gdzie otrzymał funkcję oficera łącznikowego.  

Książka Dywizjon 303 i jej autor mieli swoje przygody. We wrześniu 1940 roku, gdy bitwa o Anglię rozpętała się na dobre, porucznik Fiedler zameldował się u generała Władysława Sikorskiego w Londynie, dziwiąc się, że żaden z polskich literatów przebywających na Wyspie nie zainteresował się opisaniem wyczynów lotników z dywizjonu 303, o czym w angielskiej prasie było już dość głośno. Głównodowodzący Polskich Sił Zbrojnych przystał na jego prośbę, żeby zajął się napisaniem relacji. Specjalnym rozkazem skierował go na lotnisko w Northolt pod Londynem. W taki oto sposób por. Fiedler znalazł się wśród lotniczej braci. Szybko nawiązał przyjacielskie kontakty z lotnikami i mechanikami dywizjonu, pełen zapału zabrał się do pracy reporterskiej. Postanowił stworzyć szersze sprawozdanie z pola walki, które miało być zapisem wyjątkowych chwil starć powietrznych i nieprzeciętnych umiejętności polskich pilotów.



Odznaczenia dla lotników. Z archiwum Marka O. Fiedlera © ET

Ukazaniu się Dywizjonu 303 nieoczekiwanie przeciwstawiał się sztab Polskich Sił Zbrojnych, ulokowany w hotelu Rubens w Londynie. Zapewne dlatego, że Fiedler barwnie przedstawiał przede wszystkim podoficerów i młodszych oficerów jako bohaterów. Sprawa toczyła się trzy lata przed sądem honorowym ze względu na jakiś paszkwil w „Polsce Walczącej” – jak dowiadujemy się ze wstępu „Słów kilku do polskich wydań Dywizjonu 303” Arkadego Fiedlera z 1973 roku. W końcu zareagował generał Władysław Sikorski i doszło do jej „lilipuciego wydania”. Relacja od razu zdobyła uznanie wśród żołnierzy. Dotarła do II Korpusu Polskiego i do okupowanej przez Niemców Polski, gdzie ukazało się jej kilka wydań podziemnych.

Jak piszą w dodatkowym „Słowie wstępnym” synowie Fiedlera – w 1943 roku w lasach koło Radomska nastąpił zrzut dla Armii Krajowej, w jednym z pojemników z bronią znajdowała się broszura. Partyzanci myśleli, że to instrukcja obsługi granatników przeciwpancernych, a to był egzemplarz Dywizjonu 303! Wyrywali go sobie z rąk, czytali na głos. Wśród nich był poeta Czesław Kałkusińki, który napisał wiersz o wyczynach polskich myśliwców, jego kolega Henryk Fajt skomponował muzykę: „Tak powstał płomienny Marsz Dywizjonu 303. Nuty i słowa pieśni niebawem dotarły do Londynu, przypuszczalnie drogą kurierską, i zagrzewały naszych lotników do walki”.



Dywizjon 303, Wydawnictwo Bernardinum, 2022. Fot. E.T.

Dywizjonowi 303 przyglądam się z dystansu lat, bez emocji, lecz z niegasnącym podziwem. Fiedler nie mógł oprzeć się opisom literackim. Książkę liczącą 94 strony (teraz ma 151, wydana większą czcionką) podzielił na 20 rozdziałów w różnych formach wypowiedzi. Pierwszy pod tytułem „Bitwa o Brytanię 1940 roku” jest artykułem publicystycznym, wprowadza w koszmar II wojny światowej. Po upadku Polski, już po czterech tygodniach uległa Niemcom bogata i lepiej od nas uzbrojona Francja. Hitlerowska machina wojenna podbiła po drodze pięć mniejszych państw. W niecały rok później nastąpił atak na Wyspy Brytyjskie. Hitler, chcąc przygotować inwazję lądową, wykorzystał do tego celu lotnictwo Luftwaffe.

Fiedler pisze: „Od 8 sierpnia począwszy roje zbrojnych maszyn napływały nad Anglię. W pierwszym dniu przybyło ich trzysta, kilka dni później – już sześćset. Rozgorzała bitwa, znana pod mianem Bitwy o Brytanię, The Battle of Britain. Trwająca pełne dwa miesiące, jedna z najdziwniejszych w dziejach ludzkości, a zarazem jedna z donioślejszych”.

15 września nastąpił atak ostateczny. W dwóch szturmach generalnych nadlatywało po przeszło 250 samolotów bombowych i myśliwskich. Anglii broniło wtedy 250 myśliwców. Niemcy ponieśli klęskę: do inwazji nie doszło. 185 niemieckich samolotów spadło na pola Surreyu i Kentu, drugie tyle ratowało się ucieczką. Piloci dywizjonu 303 od końca sierpnia do 11 października uczestnicząc w bitwie o Anglię strącili 126 samolotów niemieckich przy stracie pięciu swoich myśliwców. Fiedler przypomina: „W jednym miesiącu, w krytycznym wrześniu 1940 roku, na ogólną liczbę 967 nieprzyjacielskich maszyn, zestrzelonych przez całą Royal Air Force łącznie z alianckimi lotnikami polscy piloci z dywizjonu 303 sami zestrzelili 108 maszyn (…) następny po nim dywizjon brytyjski miał już tylko 48 strąceń”.

„Dzień 15 września stanie się świętem brytyjskiego myślistwa – jak czytamy w zakończeniu artykułu – stanie się świętem również i polskich myśliwców walczących w Anglii, gdyż właśnie w owym dniu wyróżnili się męstwem i powodzeniem, i wspólnie ich święto broni będzie chyba po wsze czasy najtrwalszym sprzęgłem przyjaźni polsko-brytyjskiej”.

Do tych dwóch zdań dołączony jest przypis, zapisany drobnym drukiem w starszym wydaniu książki. Z trudem da się go odczytać. Jedno ze zdań brzmi: „Owszem, dzień 15 września stał się świętem lotnictwa brytyjskiego, lecz polscy lotnicy poszli w zapomnienie, brutalnie i bez ceremonii”. Tak, Anglicy nie są skłonni dzielić się chwałą.

Drugi rozdział to „Myśliwiec”, w którym autor definiuje pojęcie myśliwca, rozpisane na trzech stronach, wyjaśnia: „Rycerzem wspólnego rodu lotników jest myśliwiec, lotnik nad lotnikami; rycerskim jego zadaniem jest bronić. Bronić własnych bombowców od wroga, godzącego z powietrza i bronić własnej ziemi od bombowców”. Takie określenie myśliwca przewija się przez całą książkę.

Swoje mistrzostwo reportersko-literackie Fiedler rozwija w trzecim rozdziale „Pierwsza walka”: „Ostatni dzień sierpnia 1940 roku. Godzina 18. Dywizjon myśliwski 303 był już w powietrzu. Dziś był ostatni jego lot szkolny (…). Na olbrzymim niebieskim niebie świeciło czerwone słońce przedwieczorne. Jego ukośne promienie złociły ziemię i Anglia z wysokości 7 000 metrów wyglądała jak wyśniona kraina ciszy i spokoju. Piękna sierpniowa Anglia! Polscy myśliwcy poddawali się jej urokowi i – marzyli o walce”. (…) „Londyn rozpościerał się tam na dole, z boku, potężną szarą plamą. Nawet gdy świeciło słońce, nad Londynem unosiła się zawsze mglista zasłona. Z tej pomroki wytykały swe pulchne cielska różowe od słońca balony zaporowe”. Nagle głos w słuchawkach radiowych pojawia się komenda: kurs 90 stopni. Później zmiana na 100 stopni i następnie – 140. Było to wyraźne naprowadzanie na samoloty nieprzyjaciela. Czekała ich pierwsza walka.

 


Na lotnisku w Northolt. Z archiwum Marka O. Fiedlera © ET

 Oto kilka fragmentów opisujących walkę: „Myśliwcy płonęli zapałem”, „Trafiony samolot wybuchł i ciągnął za sobą, jak lisią kitę, ogromną pochodnię”, „Gęstą serią wypruł mu, jak gdyby bebechy z żywego ciała: śmiertelne strzały”, „Zwycięstwo kompletne! Pięć palących się Messerschmittów spadało ku ziemi. Jak strącone komety, złowróżbne dla wroga. Istny pogrom”. Szóstego zestrzelił porucznik Zdzisław Henneberg, który po dłuższej chwili przyleciał jako ostatni i wykręcił beczkę nad lotniskiem na znak zwycięskiego pojedynku.  

„Chmura” (rozdział X) jest opowiadaniem. Już na początku autor pisze: „Minęły czasy, gdy chmury były dla człowieka czymś dalekim i nieuchwytnym i tylko źródłem marzeń lub troską rolnika, czy malarskim natchnieniem. Dziś nabrały innej wagi: wtargnęły głęboko w ludzkie życie, stały się ważnym czynnikiem ludzkiego losu. Dla lotnika, a zwłaszcza dla myśliwca, chmury były tym, czym ongiś gęste puszcze dla pioniera dalekich krajów: czasem groźbą zasadzki, czasem błogosławieństwem ocalenia. Dawna romantyka Fenimorów Cooperów była zielona i rosła na powierzchni ziemi, dzisiejsza romantyka była biała i kłębiła się pod niebem…

Susem w chmury podporucznik Jan Zumbach uratował swoje życie. Dziwnym trafem, kilkanaście kilometrów dalej, o tej samej godzinie inny myśliwiec z „303”, sierżant Kazimierz Wünsche, doznał podobnej przygody. I jego napadło kilka Messerschmittów i on również bronił się od pocisków gwałtownymi skrętami. Lecz zanim wróg zdołał zorganizować skuteczną nagonkę, Wünsche wyrwał mu się spod karabinów i uciekł do chmury”. (…) Myśliwiec schował się w niej dobrze. Był tu zupełnie bezpieczny od prześladowców. Doznał ulgi. Otoczyła go jakby jasnoszara wata, tak gęsta, że nie mógł widzieć nawet końców własnych skrzydeł. Leciał teraz na ślepo, polegając jedynie na przyrządach nawigacyjnych”.

W dwunastym rozdziale „Wróg tańczy taniec śmierci” odnajduję podporucznika Witolda Łokuciewskiego, który 11 września 1940 roku zestrzelił dwa bombowce Dornier 215; tego dnia dywizjon 303 strącił 17 maszyn nieprzyjaciela. O tej walce opowiedział mi Łokuciewski, pułkownik w stanie spoczynku, kiedy przeprowadziłem z nim wywiad w Warszawie jako dziennikarz poznańskiego tygodnika wojsk lotniczych „Wiraże”. Na wojnie zestrzelił 8 samolotów nieprzyjaciela. W 1942 roku jego Spitfire został uszkodzony nad okupowaną Francją i musiał awaryjnie lądować. Dostał się do niewoli. Po wyzwoleniu obozu jenieckiego powrócił do Anglii, gdzie został mianowany na ostatniego dowódcę dywizjonu 303.

Fiedler nie pominął także polskich mechaników samolotowych, których opisał w czternastym rozdziale, opatrując go metaforycznym tytułem „Szare korzenie bujnych kwiatów”.

Po wojnie Arkady Fiedler wrócił do Polski. Ale dopiero po 1956 roku mógł ponownie wyruszyć na podróżnicze szlaki, gdy zelżał stalinowski terror. W swoim życiu odbył 30 wypraw, napisał 32 książki, w tym dwie autobiograficzne, które przetłumaczono na 23 języki. Jednak największą sławę zdobył Dywizjon 303. Zyskał uznanie wśród Polaków w Wielkiej Brytanii i w Stanach Zjednoczonych, Brazylii i we francuskiej Kanadzie. Świadczy o tym prawie trzysta pochwalnych recenzji prasowych. Jednak przypis w starszej wersji pierwszego rozdziału książki jest zapisany drobnym drukiem, który można odczytać przez szkło powiększające, wydawca starał się ukryć jego treść. W „Słowach kilku…” autor książki odnosi się krytycznie do angielskiego filmu „Battle of Britain” (w reżyserii Guja Hamiltona z 1969 roku). Po obejrzeniu tego filmu Fiedler wyraża swoje odczucie zakłopotania i zarazem niesmaku, jak dziwnie pokazano w nim polskich pilotów:

„Przecież żyłem wśród nich dniem i nocą, przez wiele miesięcy przyglądałem się im z bliska, przysłuchiwałem ich rozmowom, toteż wiem, jacy byli i jak postępowali. Wiem, że gdy wchodzili do walki w ostatnim dniu sierpnia 1940 roku, już nieźle władali językiem angielskim. Także pamiętam dobrze, że w czasie bojowych lotów nigdy nie hałasowali jak rozedrgane gęsi…”. (…)  „Z filmu, niestety, nie dowiadujemy się o wyjątkowo wysokich przymiotach i bojowych, i ogólnoludzkich, jakimi odznaczali się polscy lotnicy w Wielkiej Brytanii, a szczególnie myśliwcy dywizjonów 303 i 302”.

Arkady Fiedler zmarł 7 marca 1985 roku w Puszczykowie. Został pochowany na miejscowym cmentarzu. Rodzina z troską pielęgnuje pamięć o jego dokonaniach.

 


Po rozmowie: Marek O. Fiedler i Eugeniusz Toman © T. Tomsia

Marek O. Fiedler jest ciekawy opowieści pilotów, mówi, że „wabią go” życiorysy niezwyczajne, przygody i niespodzianki związane z ich codzienną egzystencją i służbą. Muzeum-Pracownia Literacka w Puszczykowie jest świetnym miejscem do poznawania prawdy historii i przybliżania zwiedzającym obyczajów dalekich zakątków świata w różnorodności kulturowej i przyrodniczej – z pamięcią o Arkadym Fiedlerze, który tradycję tego miejsca stworzył.

 Poznań, 4 sierpnia 2026 roku

 

-----------------------------------------------------------------------------

Eugeniusz Toman dziennikarz, lotnik, autor prozy: Podniebni żołnierze (2015), Boski Order (2020), Śmiercionośne skrzydła (2020), Alarm pod gwiazdami (2021), Odlecieli z „Gniazda Orląt” (2025), Orle miasto (2026) oraz tomiku wierszy Samotny lot (2020). Jego wiersze znajdują się w almanachu polsko-ukraińskim Czas pojąć ten świat – czas ukoić ból (2024). Publikował na łamach kołobrzeskiej „Latarni Morskiej”, gnieźnieńskiej „Kuźni Literackiej”, poznańskiego „Protokołu Kulturalnego”, polonijnego portalu „Recogito”. Współpracował z Teresą Tomsią i Mariuszem Matuszewskim w Klubie Piosenki Literackiej „Szary Orfeusz”, opracowywał śpiewniki i książki poetyckie w Wydawnictwie Rhytmos. Mieszka w Poznaniu. Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.