Kuźnia Literacka
Logo

Maciej Zielenow

- Dowódca - Oddziału Gniezno - Związku Strzeleckiego "Strzelec" RP

- Ambasador Polskiego Czarnego Krzyża
- Patronat Fundacji na rzecz Ochrony Dziedzictwa Narodowego "Vita Memoriae"

- Kawaler Orderu św. Stanisława


               ***

Mroczny tunel, strzelnicy długa oś.
Okradziona z promieni słońca,
światła naturalnego czystego blasku.
Lekkości tchnienia świeżego powietrza,
muskającego po twarzy wiosennego wiaterku.
Jak droga w otchłań, prowadząca ku nicości,
Gdzie nie ma już nic prócz srogich wyroków,
zwiastunów końca i upadku.

Krajobraz czarnych ścian i równie czernią spowitej podłogi,
stał się codziennością jak przedsionek piekielnych kręgów.
Tarcze jedna na drugiej przybijane do ekranów,
jak nowe dni składają się w całość kalendarza.
Piętrzą się razem jak z minut zrodzone godziny,
i każda z nich ma co dzień więcej i więcej przestrzelin,
Choć każda jak dzisiejsza, czysta i świeża zawisła,
lecz ciężar trwania i czasu, swój ślad na nich odciska.

Powietrze gęste i ciężkie, pełne gazowych wyziewów.
Ołowiana zawiesina jak natrętne myśli,
których nie można z głowy wydmuchać, oczyścić.
Z każdym oddechem i każdą złożoną tam chwilą,
rośnie w płucach ciężar metalicznych związków,
co jak sztaby ołowiu dociskają duszę,
jeszcze w tym wszystkim walczącą o oddech.

Huki wystrzałów i brzdęk metaliczny trafień w kulochwyt
kołysanką i marszem wiodącym do walki,
jak w kondukcie żałobnym przygrywają werble,
wystukując tremolo na pożegnanie duszy.
Łuska spada za łuską jak jedno po drugim legło marzenie
jeszcze gorąca gdy na ziemię spada,
ogrzana wystrzałem jak serce miłości dotknięte żarem.
Upadłszy na ziemię, chłodną bryłą metalu zostaje,
Jak serce w pustą miedź brzęczącą ugodzone samotności strzałem.

 

          Na granicy znikania

Są dni jak kwiaty,
pejzażem kolorów zdobiące łąki,
Lecz są wśród nich i takie,
których kolce bronią przed zerwaniem.
Dni w których człowiek nie odchodzi,
choć serce strapione obrotem zdarzeń.
Dni w których dusza bezszelestnie,
wycofuję się z własnego imienia.
Jak żołnierz opuszczający posterunek,
lecz nie z powodu kapitulacji,
a braku nowych rozkazów.

Moje kroki? Nie zostawiają już śladów,
choć stąpam twardo po powierzchni świata,
po szlakach ziemskich pełnych śladów innych,
lecz on, dawno przestał mnie zapisywać.
Jak poranną mgłę nad rosą pokrytą łąką,
co i tak odejdzie wraz z blaskiem słońca.
Obojętnością traktując mnie co dnia.

Głos mój? Ten którym co noc,
w niebiosa słałem modlitwy.
Nieusłyszany jak melodia samotnego wędrowca.
Zagubiony, gdzieś między wdechem a wydechem,
po środku pustki, gdzie słowa tracą sens,
bo nie mają do kogo trafić.

A jednak zostałem…
Lecz jak tarcza po ćwiczeniach,
zdjęta, odstawiona pod ścianę,
pełna przestrzelin i śladów marekra,
która wykonała już swoje zadanie,
która nic już nie znaczy,
której nic już nie czeka.

Cisza jak troskliwy opiekun,
otula mnie przed nadejściem snu.
Bez czułego dotyku,
bez zwyczajnej obecności,
jakby wiedziała,
że nad tym końcem,
nie trzeba już słów.

 

          ***

 

Są takie dni, gdy cisza waży więcej niż słowa,
osiada jak szron na powiekach,
wplata się w oddech jak nici babiego lata.
W tej ciszy pęka serce, jak mydlana bańka,
nagle, bez ostrzeżenia, ktoś zabiera kawałek świata,
którego nie da się niczym wypełnić,

Świat rozpływa się w półtonach,
kontury miękną niczym wspomnienia,
a wszystko, co było stałe i pewne,
staje się kruche jak szkło w dłoniach.
Cisza? Ona uczy milczeć tam,
gdzie kiedyś było życie.
Czas? On nie płynie, osiada warstwami bólu
gdzieś tuż pod skórą.

A jednak coś trwa.

Nieuchwytnie jak cień w blasku słońca,
który nigdy nie znika, i zawsze jest z nami,
choć nie można go dotknąć, gdy jak dym
przenika przez palce.
Bo są rzeczy, których nie da się odebrać,
tak i miłość nie znika, kiedy ktoś odchodzi,
ona zmienia swe kształty, zostaje w drobiazgach,
przenosi się w spojrzenia,
w ciepło, które zostaje pod skórą,
Trwa w tym co było dobre i co w Tobie pozostało.
Bo są istnienia, które nie odchodzą.

I choć ta czarna noc wydaje się nie mieć końca,
niczym głęboka studnia bez dna,
To już tam na jej brzegach czeka świt,
cichy, spokojny, jeszcze niewidoczny,
lecz nieunikniony.
On nie przychodzi nagle, sączy się powoli,
jak oddech, który wraca po płaczu.

I nawet jeśli dziś wszystko wydaje się za ciężkie,
I przypiera do ziemi jak ołowiane sztaby,
To nie jesteś w tym sama, są ludzie, którzy idą obok,
nawet w ciszy.
I są serca, które choć pęknięte wciąż potrafią nieść światło.

 

               „Noc”

Noc wbiła się we mnie niczym klin,
gwałtownie bez ostrzeżenia,
Rozcięła mnie nagle jak szabla,
pozostawiając w kawałkach,
we wrzącej ciszy, podsycanej smutkiem.

Ból nadciągał falami tsunami,
przypominając o granicach ciała,
które los bezdusznie przekracza,
dusząc i skręcając od środka,
wciąż o jeden obrót za dużo.

Leżałem, licząc oddechy
gubiąc snu przeznaczone minuty,
Ciało zacisnęło się w pięść,
nie zostawiając przestrzeni dla myśli.
Pozostał tylko instynkt przetrwania,
by znieść kolejną falę,
i czekanie aż łaskawie odpuści,
jak puszcza się rzeczy,
których nie można dłużej utrzymać.

O poranku świat zgłosił gotowość,
o wschodzie słońca meldując nowy dzień,
Stanął na swych nogach udając normalność,
I ruszył na przód.
Lecz tym razem walkę przegrałem,
zostając gdzieś obok po za nim.
Oddychałem krócej niż chciałem,
płycej niż powinienem, jak by w obawie,
przed pełnym oddechem rozrywającym wnętrze.

Ból w ciele miał swoje miejsce,
konkretny punkt jak znak na mapie,
do którego można przyłożyć swą dłoń.
Ten drugi… rozlany, cichy bez adresu,
trudniejszy do nazwania i okiełznania,
wchodzi między słowa, siada w spojrzeniach
zostaje gdy wszystko inne odejdzie.

Już wiem, że mogę odejść wcześniej,
lecz nikt nie przeliczy tego na stratę,
I wiem też, że wolno mi zostać
lecz nie zostanie to nazwane zyskiem,
bo jestem tylko wersją zapasową świata,
której nikt nie otwiera,
gdy wszystko działa.