Kuźnia Literacka
Logo

Autorka recenzji: Irmina Kosmala 

 

Między betonem a wiecznością. O świętości, która wyrasta z pęknięć świata

Tak to już bywa w naszym nie(idealnym) świecie, że kiedy wielkie opowieści o początkach istnienia milkną, ich miejsce zajmują historie opowiadane pod blokiem, na klatce schodowej albo przed osiedlowym monopolowym. Lidia Amejko doskonale rozumie tę prawidłowość. W Żywotach świętych osiedlowych nie buduje nowej teologii ani nie próbuje rehabilitować dawnych systemów metafizycznych. Czyni coś znacznie ciekawszego, odnajdując świętość tam, gdzie współczesny człowiek najmniej się jej spodziewa.

Już pierwsze strony książki przynoszą jedną z najbardziej błyskotliwych parafraz biblijnego Genesis we współczesnej polskiej literaturze. „Na początku był niebytu beton… Z gruchy spuścił Pan resztę pulpy na koniec świata i tak powstało nasze Osiedle” – oznajmia Heniek Pajęczarz. W jednym zdaniu zostaje odwrócony cały porządek stworzenia. Zamiast światła mamy beton, zamiast harmonii budowlaną resztkę, a zamiast ogrodu blokowisko. Człowiek nie jawi się już jako ukoronowanie stworzenia, lecz jako ktoś ulepiony z tego, co zostało po wielkim kosmicznym fiat! Ta groteskowa wizja okazuje się jednak boleśnie trafną metaforą późnej nowoczesności. Coraz częściej bowiem doświadczamy siebie nie jako centrum świata, lecz jako jego przypadkowego odprysku.

Dlatego też pytanie Józka Drukarza: „A jeśli my z gruchy spuszczeni poza planem stworzenia – to co? Świętość nam się nie należy?” rozbrzmiewa z siłą egzystencjalnego manifestu. Jest to pytanie, które mogliby postawić bohaterowie Dostojewskiego, Kierkegaarda czy Simone Weil. Amejko nie pozwala mu jednak wybrzmiewać w akademickiej przestrzeni. Metafizyka schodzi tutaj na betonowe podwórko, pachnie kurzem, tanim piwem i zmęczeniem ludzi, którzy każdego dnia próbują sklecić sens z tego, co akurat mają pod ręką.

Książka trafiła do mnie w szczególnym momencie. Podczas jednego ze spotkań autorskich podarował mi ją wybitny aktor Andrzej Malicki, dostrzegając podobieństwo między bohaterami mojej Spoiny a mieszkańcami Osiedla wykreowanego przez Amejko. Początkowo wydawało mi się ono zaskakujące. Dopiero lektura uświadomiła mi, jak trafna była ta intuicja. Nie chodzi wyłącznie o humor balansujący między absurdem a melancholią, lecz o wspólne przekonanie, że najgłębsze pytania o człowieka rodzą się nie na uniwersyteckich katedrach, lecz pośród ludzi poranionych, śmiesznych i zagubionych.

Każda legenda tworząca Żywoty świętych osiedlowych jest w istocie małym traktatem filozoficznym ukrytym pod maską groteskowej opowieści. Bezrobotny Fistulka nie zaraża sąsiadów brakiem pracy, lecz pytaniem: „Po co ja właściwie jestem?”, odsłaniając, że największym zagrożeniem dla współczesnego człowieka nie jest bieda, ale utrata sensu. Święty Egon bierze na siebie grzechy bohaterów telewizyjnych seriali, obnażając kulturę, która chętniej przeżywa fikcyjne dramaty niż własne życie. Święta Andżelika zamyka gniew w słoikach niczym domowe przetwory, przypominając, że najbardziej niszczą nie uczucia wypowiedziane, lecz te skrzętnie zakonserwowane.

Jedną z najciekawszych przypowieści pozostaje jednak „Legenda na dzień Świętej Łucji od Supła”. Punktem wyjścia staje się rozpad „spoju życiowego”, owej tajemniczej zasady, która pozwala człowiekowi pozostać sobą. Mieszkańcy Osiedla organizują więc wielkie zabawne sympozjon filozoficzne. Jedni proponują duszę, inni pamięć, jeszcze inni fabułę własnego życia, sztukę, kolejowe tory, a nawet beton jako gwarancję trwałości. Każda z tych propozycji odsłania jakąś prawdę o ludzkiej egzystencji, ale żadna nie okazuje się wystarczająca.

Dopiero Święta Łucja bierze w dłonie włókna ludzkiego losu i wiąże z nich supeł. Gest wydaje się olśniewająco prosty, lecz właśnie w tej prostocie ukrywa się największa ironia Amejko. Po całej filozoficznej debacie rozwiązanie okazuje się niemal domowym sposobem na metafizyczny kryzys. Autorka nie proponuje przecież nowej ontologii ani ostatecznej definicji tożsamości. Z uśmiechem pokazuje raczej, że człowiek bardziej niż doskonałej teorii potrzebuje czegoś, co pozwoli mu nie rozsypać się na kawałki. Supeł nie wyjaśnia tajemnicy istnienia, a jedynie chwilowo scala to, co nieustannie chce się rozwiązać. I właśnie dlatego pozostaje jedną z najbardziej przewrotnych metafor całej książki.

Co ciekawe, Amejko przedstawia Łucję jako triumf prostoty nad intelektem, podczas gdy jej rozwiązanie jest właściwie najbardziej arbitralne ze wszystkich. Zauważmy: pamięć miała swoje argumenty, fabuła miała swoją logikę, dusza odwoływała się do tradycji religijnej. Nawet beton posiadał przynajmniej właściwości konstrukcyjne. Supeł natomiast zwycięża wyłącznie dlatego, że... większość go przegłosowała. Oto metafizyka demokratyczna!

Można wręcz wyobrazić sobie protokół z posiedzenia:

„Po wyczerpaniu dyskusji nad ontologią egzystencji przyjęto uchwałę nr 7/2026 o powszechnym wiązaniu supłów”.

Święta Łucja przypomina w tym miejscu nie mistyczkę, lecz bardzo sprawną instruktorkę harcerstwa. Nie objawia prawdy, nie odsłania sensu bytu, nie wiedzie ku transcendencji. Zajmuje się natomiast estetyką splątania.

Jeszcze zabawniejsze okazuje się zakończenie. Mianowicie: od chwili zawiązania supła wszyscy wiedzą, kim są i nikt nie narzeka, nikt nie kwestionuje swojego losu, bo na pytanie „dlaczego?” wystarczy wskazać supeł. To oczywista satyra na każdą ideologię, która zamiast wyjaśniać rzeczywistość, ustanawia symbol niewymagający dalszych pytań. W tym sensie finał można czytać jako ironię Amejki: ludzie nie potrzebują prawdy, potrzebują tylko czegoś, co zakończy dyskusję.

Równie przejmująca okazuje się historia Świętego Szymona Chałupnika, próbującego z resztek stworzenia (wiedzy bez mądrości, piękna bez dobra, miłości bez wzajemności oraz życia bez sensu)  ulepić nową całość. W jego warsztacie metafizyka zamienia się w ciężką pracę rzemieślnika. Jednak życie kurczy się od ognia, a sens osmalają płomienie. Każda próba ich zespolenia pozostawia trwały ślad cierpienia i niedoskonałości. To według mnie jedna z najpiękniejszych metafor ludzkiego losu, pokazująca, że każda próba naprawiania świata lub ingerowania w cudze życie kosztuje człowieka utratę części samego siebie.

Szymon Chałupnik staje się figurą każdego człowieka przekonanego, że świat można naprawić prostą zręcznością. Okazuje się jednak, że najważniejszych rzeczy - dobra, piękna, sensu i życia - nie da się dopasować tak łatwo jak części plastikowego długopisu. Dlatego ironia tej opowieści ma charakter tragiczny: bohater pozostaje godny podziwu, lecz jego wysiłek odsłania granice ludzkich możliwości. Paradoksalnie nawet wtedy, gdy udaje się połączyć życie z sensem, oba ulegają nieodwracalnej przemianie. Świat daje się naprawić jedynie za cenę jego okaleczenia.

Podobnie zapada w pamięć Święty Patryk, patron ochroniarzy. Jego droga krzyżowa prowadzi nie przez Golgotę, lecz między sklepowymi regałami. Dwanaście godzin pilnowania pustki staje się duchowym ćwiczeniem z uważności. Po śmierci bohater trafia na obrzeża Wszechświata, gdzie ludzką myślą osłania zagubione cząstki istnienia. Nawet tutaj Amejko nie rezygnuje z groteski, ale właśnie dzięki niej jej wizja zbawienia okazuje się zaskakująco wiarygodna.

Najciekawszego wymiaru tej książki nie odnajduję jednak w samym humorze, lecz antropologii. Amejko patrzy na swoich bohaterów z czułością, która nigdy nie zamienia się w sentymentalizm. Jej mieszkańcy Osiedla bywają śmieszni, groteskowi, poranieni, często moralnie pogubieni, lecz ani przez chwilę nie tracą godności. Przeciwnie. Autorka zdaje się konsekwentnie powtarzać jedną z najgłębszych intuicji chrześcijaństwa, że łaska najchętniej przenika właśnie przez pęknięcia.

Dlatego w moim przekonaniu Żywoty świętych osiedlowych nie są wyłącznie zbiorem zabawnych legend ani literacką igraszką z religijną wyobraźnią. Jest to z pewnością przypowieść o świecie, który utracił metafizyczny język, lecz w ciąż cierpi na metafizyczny głód. To prawda - bohaterowie Amejko przypominają kosmiczny odpad pozostawiony na marginesie stworzenia, jednak pozostają nierozerwalnie wpisani w jego tajemnicę. Najpewniej właśnie doświadczenie własnej bezradności pozwala im usłyszeć to, co Martin Heidegger nazywał „mową Bycia”, a zatem cichą obecność sensu, która nie narzuca się człowiekowi, lecz cierpliwie czeka, aż ten nauczy się słuchać.

Sądzę, że tym polega wielkość tej niewielkiej w sumie książki.

 

-------------------------------------------------------

Lidia Amejko, Żywoty świętych osiedlowych, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2007.