
Autorka recenzji: Katarzyna Kuroczka
Wyjątkowy splot prawdy i fikcji
Zbiór Prawdziwa dwunastka. Opowiadania Bogdana Widery (1947-2020) ukazał się staraniem rodziny i przyjaciół po śmierci tego znanego i cenionego dziennikarza, znawcy Śląska, redaktora miesięcznika „Śląsk” i tygodnika „Gość Niedzielny” oraz wybitnego radiowca, który już samą barwą głosu budował atmosferę audycji prowadzonych przez siebie w Radiu Katowice.
Nie wiadomo, jak ustosunkowałby się do rzeczonej książki sam autor, który był mocno zdystansowany do całej otaczającej go rzeczywistości, zwłaszcza do tzw. świata kultury i nauki, a już szczególnie do własnej osoby i twórczości. Być może skonstatowałby pojawienie się publikacji, a nawet sam pomysł stworzenia jej, swoim słynnym: „Mój ty smutku!”; a może stwierdziłby, że „(…) ktoś złośliwie wydał twoje wiersze z lat wczesnej młodości” (s. 127), zapożyczając słowa z tekstu Jak zostać autorem?; istnieje też ewentualność, że odniósłby się do omawianej książki podobnie, jak opisał swój stosunek do sztuki Jana Vermeera w intrygującym opowiadaniu Puzzle: „Po latach jestem taki sam jak ten krytyk z epoki Sung, który powiedział, że w młodości chwalił mistrzów, których obrazy mu się podobały, ale na starość, kiedy jego sądy nabrały dojrzałości, chwali siebie za to, że podoba mu się to, co mistrzowie wybrali, żeby mu się podobało” (s. 81). W każdym razie interesujące byłoby zdanie Widery na temat Prawdziwej dwunastki, wszak byłoby to zdanie nie tylko autora, ale i wytrawnego czytelnika, który pochłonął prawie całą światową i polską literaturę (notabene nie przeczytał – przynajmniej do 2016 r., kiedy to ostatni raz o tym rozmawialiśmy – Ksiąg Jakubowych Olgi Tokarczuk, z czego był dumny); wreszcie byłoby to zdanie świetnego krytyka literackiego, czy też recenzenta (on sam wolałby to drugie określenie), który przez lata prowadził na łamach miesięcznika „Śląsk” rubrykę Krótko o książkach.
W moim odczuciu nieautorski zbiór Prawdziwa dwunastka (nieautorski, bo stworzony przez osoby trzecie) jest trochę niespójny, ilustrujący przysłowiowy groch z kapustą. Trudno jednak czynić z tego zarzut opracowującym tomik, gdyż zamieścili w publikacji to, co udało się odzyskać z komputera Bogdana Widery. Każdy, kto go znał, wiedział, jaki miał „luźny” stosunek do tego urządzenia techniki, łatwo więc można sobie wyobrazić, w jakim stanie znajdowało się też elektroniczne archiwum, które w nim pozostawił. Siłą rzeczy musiało zatem powstać coś na kształt patchworku czy też puzzli. Te drugie zresztą znajdują się w rzeczonej książce jako jedno z opowiadań, legitymizując niejako jej mozaikowy charakter.
Problematyczny wydaje mi się również podtytuł Opowiadania, nazbyt kategorycznie sugerujący gatunkowy klucz, którym należy otwierać zebrane teksty. Z całą pewnością nie są to bowiem wyłącznie opowiadania. Obok małych form prozatorskich, do których zaliczyłabym m.in. tytułową Prawdziwą dwunastkę oraz swego rodzaju legend, mitów czy baśni, jak: Opowieść rajcy miejskiego, Opowieść japońska, Krasnoludem bardzo maleńka tragedia czy Skarbnik, można w zbiorku Widery znaleźć także utwory z pogranicza felietonu, eseju oraz drobnego szkicu literackiego, który czasami ma więcej związku z dziennikiem (chociaż nieco beletryzowanym) niźli z fikcją literacką.
Zasadniczo utwory współprowadzącego radiową audycję Czy to prawda, że…? wymykają się wszelkim klasyfikacjom genologicznym, co doskonale odzwierciedla naturę piszącego. Widera bowiem nie interesował się żadnym szufladkowaniem, on po prostu pisał i czytał i z obu czynności czerpał dziecięcą wręcz przyjemność. Dziecięcą, czyli pierwotną, nieobarczoną powinnościami takimi czy innymi, nieskażoną opiniami publicznymi czy prywatnymi, nieurobioną na taką czy inną modłę, nieskrojoną na niczyją miarę. W czytaniu i pisaniu był wolny, chociaż nie arogancki, jak niektórzy pisarze, dla których wolność oznacza arogancję, butę i wulgarność, bo przecież nie ma piekła literackiego.
Widera szanował słowo pisane i mówione, szanował piszącego i czytelnika, mówiącego i słuchacza, po prostu szanował człowieka. Sądzę, że ta cecha jego osobowości i twórczości wynikała z psychologicznego wykształcenia i z głębokiej życiowej mądrości, której nigdy nikomu nie narzucał i którą niekoniecznie wyrażał w świątobliwych czy prawomyślnych spostrzeżeniach, ale wręcz przeciwnie – często w kpiarskich i pełnych ciepłego humoru powiedzonkach, aforyzmach i ripostach, których wiele jest w tym tomie. Za życia robił to tak, że nikt nie mógł się czuć urażony, ja przynajmniej nigdy nie zostałam przez niego dotknięta ani celowo, ani przypadkiem.
Tą wrażliwością i taktem nasycone są również utwory z Prawdziwej dwunastki – od wrażliwości na obecność tak przeważnie obojętnych osób w naszym życiu, jak pasażerowie pociągu (cykl Opowieści z małej kotłowni), przez delikatność wobec zwierząt i dostrzeganie okrucieństwa innych wobec braci mniejszych (Sprężynki), po dyskretne portrety takich znanych postaci Katowic, jak Paweł Steller oraz prof. Jan Wypler (Szkice do portretu prywatnego miasta).
Mając tak bogaty przegląd katowickiego środowiska literacko-artystycznego, jaki autor wyniósł już chociażby z domu rodzinnego (przypomnijmy, że był synem Aleksandra Widery – tłumacza z języka niemieckiego i chińskiego, literata, folklorysty i badacza kultury Górnego Śląska), miał zapewne w zanadrzu wiele pikantnych opowieści, a jednak pominął je milczeniem, tworząc i bez nich doskonałą ilustrację własnych Katowic w eseju Szkice do portretu prywatnego miasta. Tekst ten powstał bowiem nie z potrzeby poszukiwania sensacji, ale z dojrzałego, ludzkiego pragnienia, o którym tak napisał: „Chyba jest w człowieku potrzeba zdobywania i przechowywania wiedzy o dziejach miejsca, w którym żyje. Wiedzy lub przynajmniej legendy” (s. 195). Tak, istnieje w nas taka potrzeba, i z niej zrodził się szereg esejów, wspomnień, dzienników, powieści i wszelkich innych utworów opisujących nie tylko Katowice (warto wspomnieć przynajmniej Miasto z przypadku Witolda Turanta), ale i wiele innych miast i miejsc na świecie, o których Kazimierz Wyka powiedziałby, że są one krajobrazami centralnymi dla piszących o nich.
Oprócz gatunkowego melanżu w twórczości Widery jest jeszcze widoczny pewien specyficzny splot fikcji i faktu. Gdy już wydaje się czytelnikowi, że czyta czysty wytwór fantazji, nagle pojawia się delikatna lub bardziej wyraźna aluzja do życia prywatnego autora. I odwrotnie. Gdy jest się przekonanym, że oto czyta się fragment niemalże dziennika, nagle pojawia się wątpliwość, czy aby na pewno główny bohater to literacki portret Widery. Dowodzi to wytrawności pióra dziennikarza i doskonale wpisuje się w jego literackie i radiowe zabawy z kreowaniem postaci, o których realności czytelnicy czy odbiorcy radiowi byli głęboko przekonani. Dość przypomnieć, że fikcyjną postać Starzyka, której przygody i spostrzeżenia Widera prezentował na łamach „Gościa Niedzielnego”, w plebiscycie na najwybitniejszego Ślązaka XX wieku zaliczono do grona 100 najbardziej znanych postaci regionu, dodajmy – postaci historycznych (!).
Próba rozstrzygnięcia, co w zbiorze Prawdziwa dwunastka jest nomen omen prawdą, a co fałszem, nie wniesie w nasze rozważania nic istotnego, albowiem wartość zebranych utworów nie kryje się w zawoalowanych lub wyrażonych wprost aluzjach do osobistej historii autora, ale w jego umiejętności wodzenia czytelnika za nos; w zgrabnie naszkicowanych obrazkach z życia w PRL-u, pozbawionych zarówno jakiejś niezdrowej nostalgii, jak i równie szkodliwej alergii (szczególnie cenne wydają się utwory z cyklu Opowieści z małej kotłowni oraz Starych rzeczy czar); w charakterystycznym dla piszącego poczuciu humoru, którym okrasza on praktycznie każdy tekst, czasami wprowadzając żart w formie kodu ezopowego; w surrealistycznym momentami spojrzeniu na świat, które to spojrzenie bardzo cenił w literaturze; w licznych tzw. mądrościach życiowych, które autor rozsiał tu i ówdzie bez jakiegoś moralizatorstwa, którego notabene nie znosił, i bez patosu narratora wszechwiedzącego, gdyż miał niebywały dystans do własnej wiedzy (skądinąd ogromnej), co pozwalało mu na antenie Radia Katowice nazywać siebie żartobliwie redaktorem wszystkowiedzącym; wreszcie w niezwykle trafnej analizie psychologicznej bohaterów, która mając korzenie w profesjonalnym przygotowaniu Widery, wyrażona została językiem literackim – lekkim, czasami satyrycznym, ale nigdy żargonem naukowym, dziennikarskim czy rodem z poradników parapsychologicznych (mistrzowskie są zwłaszcza analizy w opowiadaniach Złośliwość rzeczy martwych oraz Puzzle).
Dla tych właśnie walorów warto sięgnąć po zbiór Prawdziwa dwunastka. Ci zaś spośród czytelników, którzy znali Bogdana Widerę osobiście, odbędą niezwykłą podróż sentymentalną, podczas której potwierdzą zapewne swoje dotychczasowe spostrzeżenia na jego temat. Ja w każdym razie na kartach książki rozpoznałam takiego autora, jakiego miałam przyjemność poznać w „Śląsku” i w Radiu Katowice – człowieka z sercem na dłoni.
---------------------------------------------------
Bogdan Widera: Prawdziwa dwunastka. Opowiadania. Wydawnictwo Ursines. Czeladź 2021, ss. 244.
