Z tego miejsca
1.
Naprzeciw naszego namiotu
brzeg lednickiego jeziora. Strzechy
skansenu wielkopolskiej wsi
przezierają wśród nadbrzeżnych wierzb.
Nieopodal odgłosy nowoczesnej drogi
do staropolskiego Gniezna – pęd
cywilizacji, uciążliwy szum wobec
łanów pszenicy za plecami małego sadu.
Dzień upalny, a tafla wody cicha.
Śpiew ptaków i cykanie świerszczy.
Z tego miejsca, jak z każdego innego,
można doskonale opisać świat –
jak twierdził Kant.
Łan owsa zmieszanego z jęczmieniem,
nie kłosy pszenżyta, połyskuje
kroplami rosy o poranku.
Huk pędzących tirów
świdruje ciszę.
2.
W marazmie upału i chmielnego odporu ciepła,
moc słońca równa człowieka z niebieskoskrzydłą ważką,
której domeną są przybrzeżne trzciny i wilgoć błota.
Wraz z ziołem rumianku, przybrzeżną
ławicą płoci i ruchliwością kijanek
nagle poczułem chłód śmierci.
Tak to w centrum kanikuły
rozścielają się metafizyczne konteksty.
Chłód śmierci czy jej upalny żar?
Właściwie lęk przed konsekwencją
istnienia. Mewa pikuje nad taflą wody,
ciemnieją trzciny podświetlane błyskami
zachodzących promieni.
Śmierci nie bałem się dotąd, raczej
materializacji klęski. Zimne płomienie
kuchennych noży przykładałem do skroni.
Byłem odważny, starałem się.
Teraz wiem, co to lęk
wiekuisty.
Duchy Mieszka i Króla Chrobrego
winny skłaniać do heroizmu.
Ich zaprzeszłość to impuls do powierzenia
męstwu swego chromego – być.
Może należy przyjąć archetyp woja
sprzed dziesięciu wieków,
jawne podziały i przydziały męstwa.
Wtedy śmierć stanie po stronie ciała,
które systematycznie umiera.
Na Ostrowiu Lednickim
woda przykryła ruiny mostów.
Jednak wiem, że są
mosty
