
Autorka recenzji: Irmina Kosmala
Między pamięcią a utratą. O „Żurawiach lecących na południe” Lisy Ridzén
Czy zależność od drugiego człowieka musi oznaczać utratę prawa do decydowania o sobie?
Wydaje mi się, że właśnie to pytanie stanowi najważniejszy rdzeń powieści Lisy Ridzén. Szwedzka socjolożka w swoim debiucie zaprasza nas do świata osiemdziesięcioletniego Bo – człowieka, którego codzienność coraz bardziej zależy od innych, a jednocześnie który za wszelką cenę próbuje zachować prawo do własnego sposobu przeżywania rzeczywistości. Nie jest to jednak kolejna powieść o starości, chorobie i oczekiwaniu na śmierć. Śmierć pozostaje wprawdzie gdzieś na horyzoncie, lecz wcześniej przychodzą inne straty: utrata sprawności, niezależności, wspólnej przestrzeni z żoną, pewności własnej pamięci, aż wreszcie kontroli nad własnym życiem.
Czego dowiadujemy się o bohaterze? Otóż Bo mieszka samotnie na północy Szwecji, bowiem jego żona Fredrika, chora na demencję, nie może już z nim żyć. Syn Hans umieścił ją w specjalistycznym ośrodku i od czasu do czasu namawia ojca do odwiedzin. Są to jednak spotkania bolesne. Fredrika nie rozpoznaje najbliższych, traktuje ich jak intruzów. Bo wraca więc do domu z poczuciem bezradności, ale także z niepokojącą świadomością, że doświadczenie żony może być zapowiedzią jego własnej przyszłości. Coraz częściej zdarza mu się zapominać, gdzie jest, po co wyszedł z domu, czy nakarmił psa…
I ten właśnie pies, Sixten, okazuje się czymś znacznie ważniejszym niż tylko zwierzęcym towarzyszem. Stanowi dla Bo ostatni namacalny znak zwyczajności. Śpi z nim w jednym łóżku, budzi go, domaga się uwagi. W tej prostej relacji jest coś fundamentalnego: potrzeba bycia komuś potrzebnym. Sixten daje Bo poczucie, że nadal uczestniczy w świecie, że nadal za kogoś odpowiada, że jego obecność ma znaczenie. Dlatego spór z synem o psa nie jest w istocie jedynie sporem o samo zwierzę, a przeradza się w spór o autonomię. Dla Hansa Sixten staje się kolejnym obowiązkiem, z którym starzejący się ojciec może sobie nie poradzić. Dla Bo jest częścią jego codzienności, bliskości i odpowiedzialności. Odebranie psa oznaczałoby zatem coś więcej niż zmianę organizacji życia. Byłoby kolejnym ograniczeniem przestrzeni, w której może jeszcze sam o sobie stanowić.
Ridzén nie upraszcza jednak tego konfliktu. I właśnie to uważam za jeden z mocniejszych punktów powieści. Łatwo byłoby skonstruować opowieść, w której nadopiekuńczy syn staje się strażnikiem bezpieczeństwa, a stary ojciec bezwolną ofiarą. Tymczasem Hans również zostaje uwikłany w trudny obowiązek troski. Musi podejmować decyzje dotyczące człowieka, który nie chce ich zaakceptować. Granica między pomocą a odebraniem wolności okazuje się więc niezwykle cienka. I tu wyrasta przed nami, obserwatorami rodzinnego sporu, pytanie o to, kiedy troska o drugiego człowieka przestaje być troską, a staje się autorytaryzmem?
To pytanie nabiera szczególnej siły dlatego, że Ridzén nie pozwala mi patrzeć na Bo wyłącznie z zewnątrz. Narracja pierwszoosobowa oddaje naszemu bohaterowi głos. Dzięki temu jego fizyczna niesamodzielność nie oznacza automatycznie utraty podmiotowości. Bo może mieć problemy z poruszaniem się, może zapominać, może potrzebować pomocy przy najbardziej intymnych czynnościach, ale nadal posiada własne pragnienia, sądy, wspomnienia, lęki i – co najważniejsze – możliwość decydowania o swoim losie.
Jego przeszłość nie układa się w chronologiczną biografię. Powraca nagle, pod wpływem przedmiotów, miejsc, rozmów, skojarzeń. Czas linearny zostaje zastąpiony czasem pamięci. Teraźniejszość starego człowieka kurczy się, podczas gdy przeszłość paradoksalnie zaczyna się rozszerzać. Bo wraca do dzieciństwa, do ojca, którego nazywa „Starym”, do pracy w tartaku, do upokorzeń i przemocy, których doświadczał jako chłopiec. Wraca też do Fredriki, narodzin syna, wspólnego życia, jego sukcesów i kryzysów.
Ta fragmentaryczność nie jest wyłącznie sposobem prowadzenia narracji - wspomnienia nie tworzą uporządkowanej historii, a przychodzą własnym rytmem, często niespodziewanie. Ridzén buduje więc narrację, w której forma zaczyna odpowiadać doświadczeniu bohatera.
Najbardziej interesuje mnie w tej powieści właśnie pamięć, lecz nie jako magazyn faktów, a jako przestrzeń podtrzymywania własnej tożsamości. Fredrika znajduje się na dalszym etapie tej samej drogi. Choroba odebrała jej możliwość uczestniczenia we wspólnym świecie, który przez dziesięciolecia współtworzyła z mężem. Bo pozostaje natomiast strażnikiem pamięci o ich małżeństwie. Dlatego jego wyimaginowane rozmowy z żoną są czymś więcej niż literackim sposobem wyrażenia tęsknoty. Są próbą ocalenia relacji poprzez język. Bo mówi do Fredriki tak, jakby nadal była obecna. Jeśli nie można już odzyskać wspólnej rzeczywistości, można przynajmniej próbować zachować ją w opowieści. Dopóki Bo potrafi mówić o Fredrice, dopóty jakaś część ich wspólnego życia nadal istnieje. Biografia Bo powstaje zatem z fragmentów, śladów i powrotów. Nie otrzymamy pełnego obrazu jego życia.
Ciekawym kontrapunktem dla jego narracji są zapisy opiekunów. Bo opowiada o sobie od wewnątrz, oni natomiast obserwują go z zewnątrz. Powstaje rozdźwięk między „ja, którym jestem” a „człowiekiem, którego widzą inni”. To rozdwojenie wydaje mi się szczególnie istotne. Starość zostaje tutaj przedstawiona jako doświadczenie coraz większej zależności od cudzych spojrzeń i decyzji. Człowiek zaczyna być opisywany poprzez kolejne kategorie: pacjent, senior, podopieczny, ojciec, osoba wymagająca pomocy. Tymczasem za każdą z tych nazw pozostaje konkretne „ja”, którego nie można całkowicie sprowadzić do wieku, stanu ciała czy stopnia samodzielności.
Ridzén pokazuje również, że opieka nie jest pojęciem jednoznacznym. Są opiekunki wykonujące swoje obowiązki w sposób niemal mechaniczny: robią dokładnie tyle, ile przewidują procedury. Nie inicjują rozmów, nie wychodzą poza zakres powierzonych im czynności. Są jednak i takie, które potrafią dostrzec w Bo nie tylko podopiecznego, lecz człowieka. Drobny żart, kostka czekolady, odrobina czułości okazują się czasem równie ważne jak najbardziej formalnie rozumiana pomoc.
Żurawie lecą na południe to niewątpliwie powieść emocjonalna. Momentami jednak miałam poczucie, że autorka bardziej chce wywołać wzruszenie, niż zmusić mnie do literackiego namysłu. Język pozostaje prosty, chwilami bardzo bezpośredni, a psychologia postaci podporządkowana jest przede wszystkim doświadczeniu emocjonalnemu. Rozumiem więc popularność tej książki, ale nie wszystkie jej rozwiązania artystyczne wydają mi się równie przekonujące. Nie zmienia to jednak faktu, że Ridzén znalazła interesujący sposób, by opowiedzieć o doświadczeniu, które łatwo byłoby sprowadzić do historii o chorobie i starości. Jej bohater nie jest wyłącznie człowiekiem, który traci pamięć i witalność. Każdy dzień pozbawia go coraz bardziej prawa do decydowania o sposobie spędzania wolnego czasu, jedzenia ulubionych rzeczy, czy wreszcie opieki nad ukochanym zwierzęciem. Dlatego najważniejszym doświadczeniem tej książki nie jest dla mnie wzruszenie, choć trudno zaprzeczyć, że Ridzén potrafi wzruszać. Ważniejsze okazuje się coś innego: obraz starości jako stopniowego negocjowania własnej obecności w świecie.
---------------------------------------------
Lisa Ridzén, Kiedy żurawie odlatują na południe, tłum. Wojciech Łygaś, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2025.
