
Próba czułości
Kiedy dwa lata temu pisałam o Ulicy Nowej, wydawało mi się, że Krzysztof Myszkowski otworzył przede mną świat, do którego wcześniej zaglądałam jedynie przez uchylone okno. Zobaczyłam chłopca z ulicy Nowej, jego szczenięcy mikrokosmos, rodzinny dom, zapach lata i dzieciństwo, które - choć niepozbawione bólu - pozostawało bezpiecznym schronieniem pamięci. Wówczas napisałam, że poeta nie potrzebuje już cudzych słów, bo odnalazł własny język opowiadania świata. Dziś wiem, że tamten album był dopiero początkiem. Klamka do raju stanowi naturalną kontynuację tej drogi, ale zarazem staje się dziełem znacznie dojrzalszym i odważniejszym. To już nie album wspomnieniowy. To w moim odczuciu album sumienia.
Teksty powstające pomiędzy 19 sierpnia a 7 listopada 2023 roku układają się w niezwykle osobisty dziennik wewnętrznej przemiany. Każdy utwór został opatrzony dokładną datą powstania, jakby autor chciał pozostawić ślad po każdym dniu, który go zmieniał. Lubię tę konsekwencję. Mam wrażenie, że nie słucham kolejnych piosenek, lecz uczestniczę w czymś znacznie bardziej intymnym, w procesie duchowego dojrzewania człowieka.
Nie sposób mówić o Klamce do raju wyłącznie jako o zbiorze poetyckich tekstów. Siła tego albumu rodzi się również z niezwykle świadomej warstwy muzycznej. Głos Krzysztofa Myszkowskiego (charakterystyczny, głęboki, pełen skupienia i wewnętrznego napięcia) staje się przedłużeniem zapisanych słów. W jego śpiewie słychać doświadczenie człowieka, który nie opowiada własnej historii z dystansu, lecz rzeczywiście ją przeżywa. Każde załamanie głosu, każda pauza i każde wybrzmienie pojedynczej frazy budują atmosferę szczerego wyznania.
Ogromną rolę w kreowaniu tego świata dźwiękowego odgrywa Bolesław Pietraszkiewicz, odpowiedzialny za gitary, elektronikę i partie pianina. Jego muzyka, rzecz jasna, nie konkuruje z tekstem, lecz pozwala mu w pełni wybrzmieć. Gitara zachowuje charakterystyczną dla Starego Dobrego Małżeństwa prostotę i organiczność, ale jednocześnie otwiera utwory na nowe przestrzenie brzmieniowe. Subtelnie wykorzystana elektronika nie oddala muzyki od jej korzeni, lecz nadaje jej współczesny, niemal medytacyjny wymiar. Tworzy zatem tło dla refleksji, samotności, modlitwy i wewnętrznego dialogu. Z kolei fortepian dodaje kompozycjom oddechu i lirycznej głębi.
Wróćmy jednak do esencji dzieła. Od pierwszych wersów uderza mnie jedno: Krzysztof Myszkowski przestał już cokolwiek udowadniać. Nie ściga się z własną legendą, nie próbuje dorównać Stachurze ani nikomu innemu. Pisze tak, jakby każdy tekst był próbą dotarcia do najgłębiej ukrytej części własnej tożsamości, a nie przede wszystkim gestem skierowanym ku zewnętrznemu odbiorcy. To według mnie ogromna odwaga.
Pierwszy utwór „Matce Leśnej z Komańczy” nie stanowi zwykłej dedykacji. Zarazem otwiera płytę, jak i nas samych na jedną z najpiękniejszych modlitw o zgodę z rzeczami, na które nie mieliśmy wpływu:
Całe życie staram się polubić swoje imię…
Nie sposób przejść obok tego zdania obojętnie. Imię przestaje oznaczać tylko człowieka, a staje się znakiem całego jego życia - wszystkich wyborów, porażek, błędów i doświadczeń, których nie można już zmienić. Powtarzane niczym litania „całe życie” brzmi jak rachunek sumienia, ale jednocześnie jak akt pojednania z własnym losem.
W tym utworze uderza mnie jeszcze coś innego. Myszkowski nie kreuje siebie na bohatera. Wręcz przeciwnie – pokazuje własną kruchość. Przyznaje się do słabości, do nieustannego poszukiwania człowieka „w bydlęciu”, do prób sklejenia „potłuczonych serc”. To bardzo pokorna poezja.
Podobne wzruszenie odnajduję w „Balladzie dla Pszczelarza”. Zawsze fascynowało mnie, że Krzysztof potrafi z najprostszych gestów budować symbole. Chleb, miód, dom, próg, droga – wszystko nabiera u niego znaczeń niemal ewangelicznych. Najbardziej zapamiętałam wers:
marzysz jedynie o możliwości choćby muśnięcia klamki do raju...
To przecież niepojęte. Nie wejścia. Nie posiadania. Nie pewności. A jedynie możliwości dotknięcia klamki. Nie pamiętam drugiego współczesnego tekstu, który z taką pokorą mówiłby o zbawieniu. To właśnie tutaj, moim zdaniem, ukryty został sens całej płyty.
Równie mocno wybrzmiewa „Interior”, który odczytuję jako współczesny psalm. Nie jest to modlitwa człowieka pobożnego z obowiązku, lecz człowieka świadomego własnych słabości. Myszkowski nie prosi w nim Boga o sukces ani o szczęście. Prosi o ochronę przed pychą, przed nienawiścią, przed utratą pamięci, przed samobójczymi myślami i przed pustką codzienności. Jakże współczesna jest ta modlitwa! Największe dramaty naszych czasów nie zawsze zaczynają się od wielkich katastrof. Zbyt często rodzą się z obojętności, z samotności i z utraty sensu.
Zupełnie inną twarz pokazuje „Stara Europa”. Wybrzmiewa w niej gorzka diagnoza cywilizacji, która straciła własny kręgosłup. Poeta jednak nie moralizuje, a raczej z bólem patrzy na świat syty, zmęczony sobą i duchowo wyjałowiony. Czytając ten tekst, miałam wrażenie, że nie mówi wyłącznie o Europie. Mówi również o każdym z nas, kiedy przestajemy dostrzegać to, co naprawdę ważne.
Jednak im dłużej słucham tej płyty, tym bardziej jestem przekonana, że jej najważniejszym utworem pozostaje „Z niespełnienia”. To właśnie tutaj Krzysztof Myszkowski zdobywa się na największą odwagę. Nie tylko rozlicza własne doświadczenia związane z ludźmi odwołującymi się do stachurowej tradycji. Przede wszystkim pokazuje, że można odpowiedzieć na zło zupełnie inaczej.
Powie:
Nie zniechęci mnie twa niechęć,
nie rozjuszy mnie twój gniew,
nie wychłoszcze obleg wiecheć,
nie doścignie pomsty zew.
Jak bardzo trzeba dojrzeć, żeby napisać takie słowa. Nie ma w nich odwetu. Nie ma potrzeby zwyciężenia. Nie ma nawet chęci udowodnienia komukolwiek swojej racji. Jest natomiast coś znacznie trudniejszego: współczucie.
Refren tej piosenki poruszył mnie chyba najmocniej ze wszystkich tekstów zawartych na płycie:
Boli mnie twój ból istnienia – z niespełnienia!
Boli mnie twój ból!
Od pierwszego odsłuchu nie mogłam uwolnić się od tych słów. Bo przecież nie chodzi tutaj o własne cierpienie ani o żal. Nie chodzi nawet o przebaczenie. Chodzi o zdolność współodczuwania z człowiekiem, który rani. A to przecież chrystusowe przesłanie. Dlatego właśnie ten refren uważam za jeden z najpiękniejszych fragmentów całego albumu. Nie znam wielu współczesnych autorów, którzy potrafiliby tak prostymi słowami wyrazić ideę miłosierdzia.
Im dłużej wracam do Klamki do raju, tym bardziej dochodzę do przekonania, że jest to album o człowieku, który uczy się pokory. O człowieku próbującym zrozumieć samego siebie. O człowieku, który nie rezygnuje z dobra, mimo że wielokrotnie został zraniony. I który zamiast odpowiadać gniewem, wybiera współczucie. Dla mnie właśnie w tym tkwi największa siła tych tekstów.
Po Ulicy Nowej napisałam, że Krzysztof Myszkowski odnalazł własny język. Po wysłuchaniu Klamki do raju mogę powiedzieć coś więcej: artysta odnalazł własny głos, którym opisuje swój świat. I jest to głos człowieka, który nie próbuje już nikogo przekrzyczeć. Nie musi. Wystarczy, że mówi prawdę. A prawda, zwłaszcza ta wypowiedziana z pokorą, potrafi rozjaśnić jaskinie.
Właśnie dlatego wierzę, że Klamka do raju pozostanie jedną z najważniejszych płyt w dorobku Starego Dobrego Małżeństwa. Nie tylko dlatego, że zawiera znakomite autorskie teksty Krzysztofa Myszkowskiego, lecz dlatego, że pokazuje artystę, który odważył się spojrzeć najpierw w głąb siebie i dopiero stamtąd opowiedzieć o świecie. Bo Klamka do raju nie jest płytą o ucieczce od cierpienia, lecz o odnajdywaniu sensu pośród jego doświadczenia. To opowieść o człowieku, który przechodząc przez własne pęknięcia i ciemności, potrafi ocalić w sobie to, co najcenniejsze.
Być może właśnie na tym polega tajemnica Klamki do raju - nie na przekroczeniu granicy między ziemskim a wiecznym, lecz na odkryciu, że prawdziwe ocalenie zaczyna się wtedy, gdy mimo wszystkiego potrafimy jeszcze patrzeć na świat z czułością.
Irmina Kosmala
PŁYTĘ MOŻNA NABYĆ: TUTAJ
O poprzednim albumie czytaj: TUTAJ
