Kuźnia Literacka
Logo

Nasz dom – dawna plebania ewangelicka. Wardyń (2016) © E. Toman

Z szacunku dla tej opuszczonej wsi idę dalej, prowadząc rower. Dokoła cisza, spokój, mimo słonecznego niedzielnego przedpołudnia żadna istota się nie pojawia. Nawet pies przy opłotkach nie zaszczeka. Za metalowym średniej wysokości siwym krzyżem – rozwidlenie. Na lewo odchodzi gruntowa droga wzdłuż chłopskich zagród, jak dawniej, z wgłębieniami po kałużach. Prosto prowadzi asfaltowa szosa, nieco pokiereszowana – biegnie wzdłuż domów byłych pegeerowskich rolników. Na miejscu nowego krzyża stał niegdyś krzyż drewniany, bardziej okazały, dwukrotnie wyższy, okolony płotkiem i kwiatami. Skoro we wsi nie było kościoła, był przynajmniej przydrożny krzyż. Będąc chłopcem, widziałem, jak sześciu mężczyzn wynosi go z bocznej chłopskiej zagrody, niosą powoli na drągach, wsuwają początek belki w głęboki dół i linami stawiają do pionu. Tamten krzyż pewnie zmurszał z powodu wilgoci i mrozu. Teraz tkwi tu jego replika, błyszczy ocynkowaną blachą.

Na pierwszej krzyżówce prowadzącej na pola stoi kilka chat i niskich bloków. Rozłożyste, wybujałe lipy przydrożne żyją, prócz jednej – pozostał po niej płaski pień. Na prawo ciągnie się brukowany trakt i pokaźny mur kamienny z rzędem małych choinek i kilka ceglanych chałup w dobrym stanie. Na horyzoncie niebieska przestrzeń. W pobliżu nikogo nie ma, a przecież powinien ktoś tu mieszkać, jeśli w oknach są firanki.

Rozpoznaję budynek tylnej ściany obory, obecnie otynkowanej. Dawniej narożnik jej dachu ozdabiało bocianie gniazdo, a pod okapem gnieździły się jaskółki. Po kocich łbach przechodziły tu stada krów, przejeżdżały wozy drabiniaste, ciągniki, traktory… Obok drogi stoi mały budynek z kamienia, jest pusty. To było miejsce niemieckiej straży pożarnej. Z bratem huśtaliśmy się na dźwigniach zbiornika na wodę historycznego wozu konnego, udając pompowanie. Coś tu się jeszcze zmieniło… Przecieram oczy. Z tej krzyżówki widać było przecież dwie stodoły, które zasłaniały horyzont. Co się takiego wydarzyło, że ich tam nie ma? Nie ma!


Szkoła podstawowa w Wardyniu (2017) © E. Toman

Trzeba to wyjaśnić. Teraz roztacza się tam błękitne niebo. Muszę kogoś spytać, dlaczego stodoły znikły. Często tam biegałem. Do pierwszej – żeby zjeżdżać z rury do wdmuchiwania snopków. Na zapleczu drugiej zaglądaliśmy z kolegami na złomowisko rolniczych narzędzi. Przez właz wciskaliśmy się do żelaznego zbiornika, wyścielonego słomą, nadającą się do zabawy w chowanego.

W pobliżu strumyka płynącego do stawu zaciekawiała nas mała lokomotywa bez torów. Nie wchodziliśmy na nią, nie dotykaliśmy, do niczego się nie nadawała. Miała cztery żelazne koła, zbiornik na wodę, komin, kabinę i palenisko oraz duże boczne koło. Wyglądało na to, że przedwojenna maszyna służyła niemieckim rolnikom do omłotów.

Mieszkańcy wsi w tamtych latach otrzymywali z przydziału po pięć arów na każde dziecko i osobę pracującą w rodzinie (domowe krawiectwo matki nie liczyło się), aby mogli uprawiać ziemniaki. Chodziłem więc co roku na wykopki na pobliskie pola. Ziemię pod sadzeniaki przygotowywali pegeerowscy robotnicy. Orali ją, wyrównywali, potem koń ciągnął dwukółkę z łopatkami na kołach. Z podciągniętego fartucha celnie wrzucało się w dołki zeszłoroczne kartofle, które przetrwały w piwnicy lub całkiem nie zgniły w kopcu w przydomowym ogródku. Idąc obok matki, stopami wciskałem bulwy w glebę. Gdy było ich za mało, kroiło się je na pół. Przy pomocy pługa powstawały redliny. Sadzenie kartofli trwało jeden dzień, ale wykopki – przez dwa tygodnie. Z wyrośniętych zielonych pędów ściągałem stonkę, a jesienią wykopywaliśmy motykami bulwy. Pomagał mi Jurek. Tworzyliśmy z nich pryzmy. Matka uczyła nas, jak pracuje się w polu na życie. Powtarzała często: „Bez pracy nie ma kołaczy” i na przemian: „Co masz zjeść dzisiaj, zjedz jutro, co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj”. Ojca przy naszej pracy zazwyczaj nie było, bo związkowiec przeważnie przebywał w terenie. 

Kieruję się wzdłuż dwóch piętrowych ośmioraków z betonowej płyty. Zamierzam dotrzeć na znajome pola, by bardziej pobudzić pamięć. Ale droga nagle się urywa, nie da się dalej iść, a tym bardziej jechać. Dokoła rośnie zboże… W chwili, gdy postanawiam zawrócić, ktoś wychodzi zza płotu ostatniego przydomowego ogródka. To średniego wzrostu kobieta ubrana w niedzielę na roboczo, prowadzi rower. Zatrzymuje się. Przedstawiam się: Eugeniusz Toman, a ona mówi, że mnie zna. Skąd? W życiu jej nie widziałem, a to niespodzianka! Od dawna mieszkałem już w Poznaniu, więc nie mogłem jej skojarzyć. Ona nazywa się Marianna Król i wraca ze swojej pięcioarowej działki. Odnoszę wrażenie, że trafiłem na wiejską królową z siodełkiem rowerowym zamiast tronu. Od słowa do słowa dowiaduję się cokolwiek o niej. Trzydzieści lat temu przybyła do Wardynia z małym dzieckiem. Wie, kim jestem. Jej dorosły syn wyczytał w Internecie, że kilka miesięcy wcześniej tego 2015. roku właśnie wydałem książkę Podniebni żołnierze. Wspomniałem w niej o Wardyniu. Syn poprosił, aby kupiła mu ją w choszczeńskiej księgarni. Już ją do Irlandii wysłała. Nie czytała jej, ale pamięta nazwisko autora.  

Przypadek gonił przypadek: rower brata… Wardyń… ten dzień… to spotkanie… moja książka… Jak to wszystko ciekawie się połączyło! Od Marianny Król dowiedziałem się – co potwierdził potem jej partner, Ryszard Tur, gdy spotkaliśmy się w małym mieszkaniu na piętrze betonowego bloku – że jedna ze stodół na krańcu wsi spaliła się w latach sześćdziesiątych od porzuconego niedopałka papierosa. Drugą stodołę na początku dziewięćdziesiątych lat mieszkańcy rozebrali na opał. Po rozwiązaniu pegeeru ludziom brakowało źródła utrzymania, nastało bezrobocie. Ze wsi znikał też wszelki metal, szedł na złom. Kto miał rower, trzymał go w mieszkaniu. Wielu robotników w okolicy nie miało za co żyć. Chodzili z kankami po zupę do plebanii w Korytowie. Kilku się powiesiło. Znają wszystkich ludzi we wsi. Mieszkają tu prawie sami emeryci i renciści. Młodzi wyjechali za granicę.

Wystarczy. Muszę to jakoś ogarnąć.

Z niedzielną znajomą umawiam się na inny czas, tymczasem chcę obejrzeć całą wieś, zdobyć więcej kontaktów, na razie znam adres i numer telefonu komórkowego. Jej przeżycia wymagają dłuższej rozmowy, robienia zdjęć w terenie. Była świadkiem pożaru pałacu.



Krzyż w ruinach po pegeerze. Wardyń (2016) © E. Toman

Wystarczyło kilka zdań, by pobudzić żyłkę dziennikarza i lotnika. Przelatywałem nad tą wsią. Służyłem wówczas w Mirosławcu, to było 21 czerwca 1972 roku, pierwszy dzień lata. Lecąc po trasie w kierunku Choszczna, zapragnąłem z lotu ptaka zobaczyć Wardyń, gdzie jako dziecko mieszkałem. Pół minuty lotu znad miasta – na wysokości trzystu metrów zatoczyłem odrzutowcem płaski krąg. Przywołałem w pamięci siebie dawnego idącego do szkoły z tornistrem, grającego z kolegami w palanta, biegającego po parku, wracającego z łąki z workiem mleczy dla królików… Czerwone dachy domów wzdłuż dwóch dróg wciąż przecinają wieś na trzy części. Uważałem, by ze wzruszenia nie zderzyć się z ziemią. W kilkunastu sekundach lotu pojawiały się pola, lasy, błyszczące w słońcu stawy i jeziora, jak ruchomy landszaft. Na łąkach stada łaciatych krów. Po polach poruszają się traktory. Pośrodku obraca się pałac z parkiem, gorzelnia, budynek mleczarni, długie ściany obór ze stajnią, na narożnym dachu – bocianie gniazdo. Z lotu ptaka widać, jak na boisku dzieci machają do pilota w samolocie. Blisko szkoły stał nasz dom.

We wrześniu tego samego roku podobnie pojawiłem się nad Podegrodziem. Lotem koszącym nadleciałem znad Drawy. Na kartoflisku widziałem plecy kobiet pochylone nad redlinami. Krzyknąłem w kabinie, choć żadna z nich nie mogła tego usłyszeć: Tu się urodziłem! A teraz idę pokiereszowaną drogą asfaltową przez Wardyń, mijam największy dom we wsi, w którym kilka lat mieszkała moja rodzina – dawna ewangelicka plebania. Stoi blisko budyneczku opustoszałej historycznej straży pożarnej. Nie zatrzymuję się, by nie popaść w rozrzewnienie. Przede mną stare kasztanowce, przed nimi sklepik z trotuarem, zabudowany częściowo na terenie byłego niemieckiego kościoła, w niedzielę nieczynny i zaraz – krzyżówka: do pałacu w prawo, a do kościoła – w lewo. Przed wyruszeniem do wsi dowiedziałem się od matki, że pałac w Wardyniu spłonął. Kto to uczynił? Dlaczego? Może były w nim dokumenty kogoś o niepełnych latach pracy potrzebnych do uzyskania emerytury, a może był to sprzeciw wobec społecznej niesprawiedliwości…* 

* Fragment prozy: Eugeniusz Toman, Orle miasto (Wrocław 2026).

 

-----------------------------------------------------------

Eugeniusz Toman dziennikarz, lotnik, autor prozy dokumentalizowanej. Ukończył Liceum Ogólnokształcące w Choszcznie, następnie Wyższą Oficerską Szkołę Lotniczą w Dęblinie (1971) i Uniwersytet Warszawski na wydziale dziennikarstwa. Opublikował ponad 900 artykułów i reportaży, pisał opowiadania i wiersze. Jest autorem opowieści o lotnikach: Podniebni żołnierze (2015), Boski Order (2020), Śmiercionośne skrzydła (2020), Alarm pod gwiazdami (2021), Odlecieli z „Gniazda Orląt” (2025), Orle miasto (2026) oraz tomiku wierszy Samotny lot (2020). Jego wiersze znajdują się w almanachu polsko-ukraińskim Czas pojąć ten świat – czas ukoić ból (2024). Publikował na łamach „Latarni Morskiej”, „Kuźni Literackiej”, „Protokołu Kulturalnego”, polonijnego portalu „Recogito”.  Mieszka w Poznaniu.