Mamy sztorm - Igor Frender

Autorka recenzji: Irmina Kosmala
Nieobecność jako forma relacji. Mamy sztorm Igora Frendera
Po Mamy sztorm sięgnęłam z oporem. Nie dlatego, że nie ufam poezji Igora Frendera. Przeciwnie. Opór brał się z bliskości. Znam autora, lubię go, a czytanie cudzej ciemności bywa szczególnie dotkliwe, gdy ma się świadomość, że za wersami stoi realny człowiek, nie literacka figura. Tymczasem ten tomik, wydany w 2025 roku w Poznaniu przez Stowarzyszenie Pisarzy Polskich O. Poznań, w serii pod redakcją Łucji Dudzińskiej i Dawida Junga, nie pozostawia złudzeń: tu nie ma miejsca na sentyment, na światło wpadające bocznym oknem. Jest sztorm: permanentny, immanentny, chemiczny, egzystencjalny…
Na początek nasz wzrok przykuwa okładka, która działa jak ostrzeżenie. Ludzki mózg, z którego wyrastają owocniki niczym z grzybni, stanowi obraz zarazem symboliczny, jak i makabryczny. Organ świadomości przejęty przez obce formy życia: używki, nałogi, halucynacje, a nawet własne myśli, które wymknęły się spod kontroli. Surrealizm tej wizji zapowiada poezję skażoną alkoholem i innymi używkami, ale również chłodem emocjonalnym i zmęczeniem samego bytu. Mamy sztorm to zatem tomik, w którym stan nietrzeźwości jest nie tylko tematem, lecz także metodą poznania świata.
Wiersze Frendera są gęste od alkoholu i innych substancji, ale nie dostrzegam w nich ani apoteozowania autodestrukcji, ani taniej prowokacji. Powraca tu raczej dobrze znany z jego prozy i dramatu motyw ucieczki – przed sobą, przed relacją, przed odpowiedzialnością za własne życie:
Chciałem zmienić swoje życie, wyruszyłem w podróż
Każdej nocy śniłem: zapomniałem butów, nie wziąłem
kurtki.
- tymi słowami rozpoczyna autor wiersz Od/wołanie. To jeden z tych fragmentów, które zostają pod powiekami na długo: podróż jako gest desperacki, od początku skazana na porażkę, bo odbywana bez należytego przygotowania; wiodąca przez „zaciśnięte usta i zmrużone oczy”. Rozjaśnienie przychodzi dopiero „w mroku” – ot, charakterystyczna dla Frendera logika paradoksu, w której światło nie jest wybawieniem, lecz kolejną iluzją.
Szczególnie poruszające są w tym tomie momenty, gdy poeta rezygnuje z ekspresji wyrazu na rzecz prostoty, niemal chłodnego zapisu. W wierszu Nici Ariadna robi na drutach sweter dla swojego mężczyzny, który gotuje obiad. Piją kompot z wiśni. „Razem stworzyli ten labirynt” – usłyszymy w puencie. To jeden z najciekawszych obrazów relacyjnych w całym tomiku. Zamiast dramatycznego mitu, walki z zewnętrznym potworem, mamy mroczną codzienność, a w niej wrośniętego w nas Minotaura. Zamiast heroizmu mamy bytową współzależność. Wspólne budowanie „domu” dwojga bliskich sobie ludzi, który z czasem przybiera postać „labiryntu” stanowi niejako cichą zgodę na uwikłanie. I jak się domyślamy, taki stan rzeczy bywa bardziej przerażający niż otwarty konflikt.
Wiersze zawarte w Mamy sztorm często przypominają zapisy z pogranicza jawy i majaku. Świat widziany oczami podmiotu lirycznego jest ponury, zimny, nietrzeźwy, jakby pozbawiony stabilnych konturów. Doskonale ilustruje to zamieszczony w tomie utwór Stan od rzeczy:
Zegar tyka na niby,
w szklance herbata bez wody.
Nieobecność zasiada do stołu
i pyta: jak się masz?
Bez mrugnięcia okiem, na serio!
Mrugam okiem!
Za oknem świat udaje, że istnieje.
Przemokła tektura.
Pies szczeka w programie radiowym.
Na ścianie portret wisi bez gwoździa.
Gdzie jest młotek albo wiertarka?
Postanawiam być spokojny.
Zamykam oczy.
Niczego nie ma –
więc wszystko jest w twojej nieobecności.
Powyższy utwór można czytać jak instrukcję funkcjonowania w świecie po utracie referencji. Rzeczywistość u Frendera nie rozpada się spektakularnie. Ona raczej „udaje, że istnieje”. Zegar tyka „na niby”, herbata jest „bez wody”, portret wisi „bez gwoździa” – przedmioty zostają pozbawione swoich funkcji, podobnie jak relacje zostają ogołocone z treści. To poetyka defektu: wszystko jest na miejscu, ale nic nie działa.
Szczególnie znamienne jest wprowadzenie figury nieobecności, która „zasiada do stołu i pyta: jak się masz?”. To nie metafizyka, lecz ontologia nieobecności: brak staje się pełnoprawnym uczestnikiem relacji, kimś bardziej obecnym niż realny drugi człowiek.
Otoczenie dodatkowo traci materialność: świat za oknem przypomina „przemokłą tekturę”, pies szczeka z radia, a narzędzia potrzebne do działania (młotek, wiertarka) pozostają nieosiągalne. To przestrzeń, w której nie da się niczego naprawić, bo samo pojęcie naprawy przestało mieć sens. Decyzja: „Postanawiam być spokojny” brzmi tu jak ironiczny gest bezradności, nie akt woli.
Puenta wiersza – „Niczego nie ma – / więc wszystko jest w twojej nieobecności” – domyka logikę całego tomu Mamy sztorm. Frender nie opisuje straty jako braku, lecz jako nowy, dominujący stan bycia. Nieobecność przestaje być przejściowa; staje się podstawowym trybem relacji ze światem i z innymi ludźmi.
Warto dodać, że Frender jest poetą, który nie ufa patosowi. Nawet gdy mówi o bliskości, robi to z dystansem, czasem okrutnym. Ostatnia strofa wiersza Purpura jest bura – „Masz zbyt zimną krew / na przyjaźń” – uderza precyzją i bezwzględnością diagnozy. To poezja relacji wypalonych, spopielonych lub – jak chce sam autor – zamrożonych. Alkohol i używki są tu raczej katalizatorem niż przyczyną – przyspieszają rozpad, odsłaniają pęknięcia, ale ich nie tworzą.
Czytając Mamy sztorm, trudno uciec od wrażenia, że to tom bardzo osobisty, choć nigdzie nie pada słowo „ja” wprost domagające się empatii. Jest tu raczej chłodna autopsja siebie, świata oraz relacji.
Mamy sztorm to poezja wymagająca, nieprzyjemna, momentami lodowata. Ale uczciwa. I właśnie dlatego wciąga niczym sztorm, w który nie wchodzi się dobrowolnie, ale który zostaje w człowieku na długo, gdy wszystko stracił, a sam ocalał. A może nie ocalał, lecz jedynie istnieje?
------------------------------------------------------------
Igor Frender, Mamy sztorm, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich O/Wlkp, Poznań 2025.
