
Autorka recenzji: Irmina Kosmala
Anatomia pamięci. O wyłuskiwaniu wspomnień w prozie Ireneusza Staronia
Są książki, które się czyta, i takie, których się słucha niczym wieczornej opowieści snutej przy kuchennym stole, gdy za oknem dojrzewa późne lato. Wzgórze Bzów Ireneusza Staronia (Wydawnictwo Ursines, Czeladź 2023) bez wątpienia należy do tej drugiej kategorii. Nie otwiera się przed czytelnikiem gwałtownie, lecz powoli zaprasza go do środka, każąc odłożyć pośpiech. Narracja Staronia przywołuje na myśl słynny Traktat o łuskaniu fasoli Wiesława Myśliwskiego. Obie powieści zaczynają się od znamiennego pytania, które od razu wyznacza niespieszny rytm rozmowy. U Myśliwskiego słyszymy: „Przyszedł pan fasoli kupić?”. U Staronia traktat o wyłuskiwaniu wspomnień inicjuje podobny zwrot: „Śniadałś już? Pytam, czy śniadałś już? Nie? A to trzeba najpierw pośniadać, bo Karol ma przyjechać z Pogorzelisk kombajnować”. Trzeba nam zatem znaleźć czas, usiąść wraz z narratorem przed jego izbą na drewnianym stołeczku i wpatrując się w zachodzące za polami słońce, wsłuchać się w historię dziadka Józefa.
Największym bohaterem tej książki jest jednak sam język. Staroń wypracował własną, gęstą i pulsującą obrazami frazę. Jego proza nie tyle opisuje świat, co go od nowa stwarza. Zdania pachną mokrą ziemią i kwitnącym bzem, a autor potrafi zatrzymać nas pojedynczą metaforą, udowadniając, że zwykłe obieranie jabłek przez Ludwika może stać się poetyckim aktem oddzielania nocy od dnia, „aby nastał poranek” (s. 215). Książka obfituje w niezwykle poetyckie i plastyczne sformułowania. Czytamy w niej o bohaterach, którzy są „mokrzy od lepkiej śliny dzikiego bzu” (s. 13) oraz o naturze samodzielnie odmierzającej czas, gdy „trwało wielkie lato”, a „noce wychadzały sny” (s. 34). Pamięć ciąży tu niczym fizyczny balast, przez który „spocone myśli wędrują do płuc, pieką oczy” (s. 175), a ludzkie relacje powoli ulegają erozji, gdy „przyzwyczajenie pozornej bliskości oddala jak popiół od węgla i płatki od zwietrzałych goździków” (s. 83).
W tym onirycznym, a zarazem bardzo namacalnym świecie pobrzmiewają echa wielkich mistrzów: metafizyczny związek z naturą znany z twórczości Tadeusza Nowaka, wyobraźnia Brunona Schulza czy dygresyjność wspomnianego Myśliwskiego. Wskazują na to również liczne, subtelne gry z literaturą. Fraza „Są tylko sny i kamienie” to wyraźne nawiązanie do Magdaleny Tulli, a wzmianki o porcelanie i gąsienicach czołgów korespondują z wierszem Stanisława Barańczaka „Jeżeli porcelana to wyłącznie taka”. W tekście pojawiają się także echa „nieuczesanych myśli” Stanisława Jerzego Leca, z kolei zestawienia barw „czerwone i czarne” odsyłają do Stendhala. Wizja „martwych oczu porcelanowych saren” nawiązuje do tytułu Nocami krzyczą sarny Katarzyny Zyskowskiej. Wreszcie zdanie „Ileż jest oczu w człowieku!” (s. 300) stanowi niemal bezpośredni dialog z pytaniem Myśliwskiego o to, ilu ludzi może zmieścić się w jednym istnieniu.
Staroń mistrzowsko ukazuje przy tym, że prawdziwa historia nie kryje się na kartach wielkich kronik, lecz w codzienności. Zwyczajne czynności – przygotowania do świąt, praca w sadzie czy ubieranie choinki – urastają tu do rangi rytuału. Właśnie w tych momentach ujawniają się najgłębsze lęki, na przykład obawa babci, która „bała się tego, że gadanie będzie jak mowa, że nie dotkniesz, nie zobaczysz” (s. 64). W tę powtarzalną codzienność naturalnie wplata się groza legend i mitów. Opowieść o pięknej Biance z Piastów i Hansie von Schaffgotsch, zasztyletowanych przed ołtarzem przez tajemniczego, odrzuconego wielbiciela o konszachtach z duchami, wciąga niczym najlepsza powieść gotycka. Niesamowita scena z jędrzychowskiej fary, gdzie cmentarna czeluść otwiera się na dźwięk dzwoneczka dzwonnika-trupa, by umarli mogli odprawić mszę, jest jednak ostatecznie tylko dygresją. Dziadek Józef po prostu zamyka w pewnym momencie książkę i przerywa snucie historii, „bo powoli szło się na pasterkę”.
Wzgórze Bzów staje się w ogólnym rozrachunku opowieścią o ludziach wykorzenionych – przesiedleńcach takich jak dziadek Józef Jach, którzy zostali zmuszeni zostawić za sobą Kresy, by na nowo budować tożsamość na ziemiach Dolnego Śląska. Jak celnie ujął to Staroń w podsumowaniu epilogu: „Po zimnym poleciu przyjechały do nas Kresy. Rozszczebiotane, melodyjne”. Książka ta stanowi niezwykłe schronienie dla pamięci, a przeszłość jest w niej dojmująco obecna. Odwiedziny na cmentarzu w Jędrzychowie przypominają wizytę w gabinecie luster i galerii portretów, gdzie martwe spojrzenia pozwalają ostatecznie poczuć „siłę własnego istnienia” (s. 167). Równocześnie postaci takie jak Łukasz zdają się być trwale zakażone „duchem przeszłości, ciemną głębią, której nie wolno zapomnieć” (s. 172).
Epilog dobitnie spina te rozważania klamrą fizycznej obecności duchów w opuszczonych przestrzeniach. Narrator wraca wspomnieniami do pustego domu spod numeru 27 w Jędrzychowie, wyznając, że ilekroć tam wchodzi, wciąż dostrzega trwające tam istnienia. Jak powie, dziadek znów rozpala w piecu, siada w głębokim fotelu i zasypia na wieczność, a babcia robi toaletę i zakłada chustkę na głowę.
Każdy rozdział Wzgórza Bzów jest ostatecznie jak kolejna warstwa ziemi usypanego ze słów wzgórza pamięci. Książka ta nie pozwala przejść przez siebie obojętnie, potwierdzając bolesną prawdę jej autora, że „każda książka to otwarta rana i żadna pusta kartka nie zatrzyma upływu jej krwi” (s. 251). Warto podjąć trud wspinaczki na to wzgórze, by doświadczyć coraz rzadszego w polskiej literaturze organicznego poczucia obcowania z dziełem, które w całości wyrasta z ziemi, głębokiej historii i zmysłowego języka.
-----------------------------------------------------------
Ireneusz Staroń, Wzgórze Bzów, Wydawnictwo Ursines, Czeladź 2023.
