Wszystko, co się nam przytrafia... - Grzegorz Trochimczuk

Autorka recenzji: Irmina Kosmala
Kronikarz niespokojnych czasów. O Wszystko, co się nam przytrafia Grzegorza Trochimczuka
Są książki, które nie powstają dlatego, że autor chce coś powiedzieć, lecz dlatego, że nie może już dłużej milczeć. Wszystko, co się nam przytrafia Grzegorza Trochimczuka należy do tego rodzaju pisarstwa, które rodzi się w bezpośrednim kontakcie z rzeczywistością, jeszcze zanim ta zdąży ulec interpretacyjnemu ochłonięciu i dystansowi. To dziennik pisany w czasie trwania kryzysów, z pełną świadomością, że zapis może okazać się nieostateczny, chwiejny, podatny na korektę. I właśnie ta niepewność stanowi jego największą wartość.
Tom otwiera się datą 3 lutego 2022 roku – symbolicznym progiem epoki. Kilkanaście dni później wojna na Ukrainie stanie się faktem, który na nowo uporządkuje europejską wyobraźnię polityczną i moralną. Cytat z Ostatniego kabrioletu Antona Myrera, przywołany na początku książki, pełnić będzie funkcję mrocznego refrenu: historia, nawet przegrana, potrafi zatriumfować w innej formie. Trochimczuk nie traktuje jednak tego cytatu jako tezy, lecz jako punkt napięcia, z którego rozwija się dalsza refleksja.
Formalnie Wszystko, co się nam przytrafia sytuuje się na pograniczu diarystyki, eseju i literackiego zapisu świadectwa. Autor świadomie rezygnuje z jednoznacznej klasyfikacji gatunkowej. Datowany zapis nie służy tu budowaniu ciągłości narracyjnej ani porządkowi faktograficznemu. Jest raczej ramą dla myśli, które krążą wokół kilku obsesyjnie powracających tematów: przemocy historii, kruchości wspólnoty, erozji języka publicznego, doświadczenia starzenia się oraz poczucia życia w przestrzeni coraz bardziej klaustrofobicznej – fizycznie i symbolicznie.
Wielka historia funkcjonuje tu jako tło, groźny szum, wobec którego wyraźniej wybrzmiewa to, co jednostkowe: rozmowy rodzinne, konflikty światopoglądowe, lektury, codzienne obserwacje. Dzięki temu globalne dramaty zyskują ludzki wymiar, a dziennik przestaje być jedynie kroniką zdarzeń, stając się zapisem świadomości w stanie permanentnego napięcia.
Jednym z najciekawszych aspektów tej książki jest sposób konstruowania podmiotu mówiącego. Poeta urodzony w 1946 roku, doświadczony uczestnik życia literackiego, nie przyjmuje pozycji autorytetu ani moralnego przewodnika. Przeciwnie: jego narracja opiera się na wątpliwości, samokontroli i odmowie jednoznacznych sądów. W epoce radykalnych opinii i agresywnego języka publicznego jest to gest znaczący zarówno estetycznie, jak i etycznie. Autor nie tyle formułuje odpowiedzi, ile konsekwentnie podtrzymuje przestrzeń pytań.
Styl Trochimczuka cechuje się wysoką kulturą języka. Proza jest oszczędna, precyzyjna, momentami wyraźnie nasycona poetycką wrażliwością. Doświadczenie liryczne autora nie dominuje tekstu, lecz służy klarowności i rytmowi myśli. Dzięki temu nawet tematy trudne, jak lęk, bezradność, poczucie osaczenia nie przybierają formy patosu.
Istotnym kontekstem interpretacyjnym Wszystko, co się nam przytrafia są wypowiedzi prezesa warszawskiego oddziału ZLP na temat kondycji współczesnej literatury i jej instytucjonalnego zaplecza. Autor wielokrotnie podkreśla marginalizację środowisk twórczych, brak spójnej polityki państwa wobec literatury oraz podporządkowanie kultury logice doraźnych projektów i biurokratycznych decyzji. W tym sensie książkę Trochimczuka można czytać jako formę cichego sprzeciwu wobec kultury nadmiaru bodźców i skróconego czasu uwagi.
Nie sposób czytać niniejszych dzienników w oderwaniu od cielesnego i biologicznego wymiaru doświadczenia autora. Książka Trochimczuka jest bowiem zapisem życia prowadzonego na kredyt dosłownie i metaforycznie. W trakcie jego pisania autor zmaga się z kolejnymi diagnozami chorób (swoimi i żony), funkcjonuje z przeszczepionym sercem, które otrzymał od kobiety, i każdego dnia przyjmuje leki podtrzymujące życie, choć jednocześnie obciążające inne organy. Ta świadomość kruchości, ale rzecz jasna bez teatralizowania, przenika całą książkę. Czas staje się tu wartością namacalną, a każda obserwacja nabiera wagi, jakby mogła okazać się jedną z ostatnich.
Rytm zapisków wyznacza także migracyjność autora. Co pół roku poeta zmienia przestrzeń życia: jesienią i zimą wraca z żoną do Warszawy, gdzie angażuje się w walkę o przetrwanie i finansowanie Warszawskiej Jesieni Poezji – jednego z najważniejszych, a zarazem coraz bardziej zagrożonych wydarzeń literackich w Polsce. Wiosną natomiast spędza czas na wsi, w Iwach, gdzie odnajduje względny spokój i warunki do pracy. Ten ruch wahadłowy między centrum a peryferią, instytucją a samotnością, organizowaniem wspólnoty a osobnym trwaniem, znajduje wyraźne odbicie w strukturze dziennika.
Jednym z najbardziej przejmujących elementów książki jest intensywność lekturowa autora. Trochimczuk nie tylko czyta – on żyje poprzez książki. „Nie mogę żyć bez książek” nie jest deklaracją retoryczną autora, lecz egzystencjalnym faktem. W zapiskach wielokrotnie powracają momenty, w których konkretna lektura staje się impulsem do przyspieszonego, niemal gorączkowego pisania. Zapis z 1 grudnia 2023 roku, spisany niemal na jednym oddechu, łakomym świata i życia, nosi wyraźne ślady lektury Jona Fossego i jego Drugiego imienia. To jeden z tych fragmentów, w których dziennik wyraźnie zbliża się do prozy strumienia świadomości: pulsującej, rytmicznej, pozbawionej retorycznych podpórek.
Trochimczuk wybiera książki, które pomagają mu rozumieć rzeczywistość, a nie od niej uciekać. Znajduje więc czas na Dzienniki Kisielewskiego czy Lechonia, śledzi twórczość naszej współcześnie żyjącej polskiej noblistki, ale równie chętnie sięga po książki swoich przyjaciół po piórze, jak Andrzeja Waltera czy Jerzego Jankowskiego. Dla bohatera niniejszego dziennika lektura nie stanowi eskapizmu, lecz służy jako narzędzie poznania. W ten sposób odbiorca i twórca kultury oswaja świat, który coraz częściej okazuje się niezrozumiały, brutalny i spolaryzowany.
W tym miejscu pojawia się jednak także pewne napięcie, które warto odnotować. O ile autor znakomicie rejestruje emocjonalną temperaturę zdarzeń, o tyle czasami brakuje pogłębionej analizy ich przyczyn. Dobrym przykładem jest „rozgorączkowany” zapis dotyczący incydentu z udziałem posła Grzegorza Brauna, który w czasie święta Chanuki zgasił świece w Sejmie proszkową gaśnicą, wywołując skandal i zakłócając porządek obrad. Trochimczuk kwituje to zdarzenie zdaniem: „Jakiś pan Braun został wybrany przez grupę wyborców. I to jest właśnie wstyd”. Ów komentarz, choć emocjonalnie zrozumiały, pozostaje na poziomie moralnego oburzenia. Brakuje tu refleksji nad mechanizmami, które umożliwiają społeczną legitymizację takich zachowań nad źródłami radykalizacji, nad językiem polityki, nad odpowiedzialnością zbiorową. Paradoksalnie właśnie w tych momentach, gdy autor reaguje najszybciej, jego myśl bywa najmniej pogłębiona. To jednak nie słabość książki, lecz raczej świadectwo pisania „na żywo”, bez korekty i wygładzenia.
Warto także odnotować inne ważne doświadczenie roku 2023: odkrycie łotewskiej tożsamości autora. Dzięki staraniom Normundsa (wnuka brata matki) dziennik wzbogacony został o wątek genealogiczny, który subtelnie poszerzył perspektywę tożsamościową. To nie tyle sensacyjna rewelacja, ile kolejny dowód na to, że podmiot tej książki pozostaje w ruchu: biologicznym, kulturowym oraz mentalnym.
Zapiski kończą się 15 lipca 2024 roku, nie przynosząc konkluzji ani zamknięcia. I słusznie, bowiem Wszystko, co się nam przytrafia nie jest książką o rozwiązaniach, lecz o trwaniu. O próbie zachowania uważności i sensu w świecie, który coraz częściej działa wbrew obu tym wartościom. To diarystyka, która nie tyle dokumentuje rzeczywistość, ile sprawdza, czy literatura wciąż może być formą podtrzymywania życia dosłownie i duchowo.
---------------------------------------------------------------
Grzegorz Trochimczuk, Wszystko, co się nam przytrafia, Wydawnictwo Veridian, Warszawa 2025.
