Epiki towarzyskie i kilka wierszy osobistych - Jerzy Grupiński

Epiki towarzyskie Jerzy Grupiński.jpg

Autorka recenzji: Irmina Kosmala

 

EPIKA PAMIĘCI

Najnowszy tom Jerzego Grupińskiego, Epiki towarzyskie i kilka wierszy osobistych (2025), bierze czytelnika w posiadanie jeszcze przed lekturą pierwszego wersu, a dzieje się to za sprawą frapującej oprawy graficznej. Głęboka czerwień okładki, poprzecinana nerwową, czarną kreską wyrysowanych twarzy, przypomina tętniącą życiem, niepokorną mapę pamięci. Do tego artystycznego zabiegu został wykorzystany afisz Tadeusza Wyrwy-Krzyżańskiego z II Ogólnopolskiego Mityngu Poetów i Krytyków z 1997 roku. W prawym górnym rogu czuwa, naszkicowany precyzyjnie, miniaturowy portrecik samego Grupińskiego, wokół którego tłoczą się duchy i żywe postaci poznańskiego środowiska literackiego. Dla ułatwienia orientacji w tym swoistym panteonie, w aneksie umieszczono znakomity przewodnik po fizjonomiach. To dzięki niemu wiemy, że z okładki spoglądają na nas m.in. Edward Stachura, Stanisław Barańczak, Ryszard Milczewski-Bruno czy Andrzej Babiński. To graficzne zaproszenie do świata, który minął, dopełniają wewnątrz wyborne ekslibrisy, podarowane autorowi przez zaprzyjaźnionych twórców: Jerzego Piotrowicza, Zbigniewa Ikonę-Kresowatego, Tadeusza Wyrwę-Krzyżańskiego i Jana W. Malika. Tak przygotowana przestrzeń staje się wręcz fizycznym miejscem spotkania.

W ten gęsty od wspomnień świat wkraczamy „Epikami wildeckimi”, by nagle, już przy trzecim wierszu, zatrzymać się w zdumieniu. Grupiński dedykuje go bowiem pamięci Tomasza Wincentego Rzepy. W tym momencie wiersz przestaje być tylko tekstem, a staje się wehikułem czasu, i to nie tylko dla autora, ale i zarazem dla mnie. Niespodziewanie wpadam w rok 2009. Mam poprowadzić mieszkańców pierwszej stolicy, mojego rodzinnego Gniezna, po ulubionych „fyrtlach” oddychających tym miastem poetów i przybliżyć gnieźnianom sylwetki naszych rodzimych twórców. Choć od tamtego wydarzenia minęło blisko szesnaście lat, doskonale pamiętam tamto wrześniowe słońce, które kąsało nasze twarze, i siebie, stojącą – nieco oszołomioną – w samym środku żywiołu poetyckiej wyobraźni. Wśród zaprezentowanych sylwetek miał być Tomasz Wincenty Rzepa. Urodzony w Gnieźnie w 1948 roku, debiutujący w „Nurcie”, autor tak przejmujących tomów jak Brzegi czy To tylko szept. Niestety, nie dotarł na spotkanie. Był już w trakcie leczenia. Poetyckim przystankiem, w którym miały wybrzmieć jego frazy, stała się kawiarnia „Królewska”. Stremowana, wypowiadałam wówczas słowa o autorze, którego nigdy nie udało mi się poznać, choć mieszkał tak blisko… Pozostała po tym spotkaniu trwała pamiątka – Antologia Poetów Gnieźnieńskich Słowo-Tok oraz archiwum jego twórczości, przechowywane w pracowni kustosza pamięci o naszych przodkach – Dawida Junga.

„Jeśli marzenia są stopniowalne, to tym podstawowym pragnieniem każdego poety jest, by jego wiersze były czytane. Wyższym – by były rozumiane. Ale najwyższym z pragnień jest to, by były odczuwane. By wrosły w nas, oplotły swoimi stroficznymi pędami, byśmy czuli je prawdziwie, mocno, zachłannie i wiernie. Najgorzej dla wiersza, gdy wpada w nas płytko, bez echa. Wiersz nie jest bowiem martwym muzeum, a poeta nie jest eksponatem. Parafrazując Paula Valéry’ego: to, czy wiersz okaże się pustką czy pełnią, zależy od tego, kto przychodzi; dlatego, przyjacielu, nie przychodź bez pragnienia” – rozpoczęłam pamiętnego września prezentację gnieźnieńskiego poety. U Grupińskiego to pragnienie spotyka się z historią. Czytając poświęcony Rzepie wiersz, dotykamy prawdy o człowieku, w którym nieskończoność rozpina się nad przepaścią mitu: „Zaminowani / zagrożeni są wszyscy / i Rzym i Krym / choć nie znają sekretu w kurii / komitecie Partii ani w biurze parafii / Nie wie biskup / ani hierarchia – nikt / że w tym domu niskim / w zarwanym fotelu / - być albo nie być - / waży się powaga / Kościoła i Pisma”. Przypomniane przez Rzepę słowa Eminencji o wydaniu wierszy i gorzka puenta: „Ile jest warte / Słowo Kościoła / zobaczymy jeszcze” brzmią dziś jak memento dla każdej władzy, świeckiej i duchownej, w zderzeniu z kruchym słowem poety.

Wielokrotnie mówiło się, że w poezji Grupińskiego przyjaciele pojawiają się na chwilę, by zaraz stopnieć jak płatki śniegu. Odrzućmy jednak to nazbyt banalne i nietrwałe porównanie. Ludzie, z którymi poeta dzielił los, byli w jego życiu raczej jak gwiazdy. Niektóre z nich płonęły stałym światłem, inne pojawiały się zaledwie na moment, niczym gwiazdy spadające, spalające się w atmosferze własnej wrażliwości. Każda z nich jednak rzuciła niezatarty snop światła na jego twórczość. Taką tragiczną, pulsującą gwiazdą był Andrzej Babiński, który w opowieści Grupińskiego jawi się jako duch środowiska. W wierszu Odsiecz odnajdujemy scenę z pogranicza groteski i dramatu: z gór worków z zagranicznymi darami Babiński wyciąga swój własny, stary płaszcz. To obraz doskonale punktujący tamtą epokę: mieszaninę chaosu, biedy i improwizacji, a zarazem wielkiej wspólnoty. Babiński nie tylko pisał, on poezję ucieleśniał, wprowadzał w krwiobieg miasta, jak choćby w anegdocie o róży wyjętej z wazonu. Literatura, jak dowodzi Grupiński, rodzi się w oparach dyskusji, ekscentrycznych gestów i drobnych skandali kolorowych ptaków, bez których nasza historia byłaby dramatycznie jałowa.

Czym jest zatem śnieg w najnowszym tomie poety, jeśli nie ludźmi? Śnieg to zjawisko, które obnaża literackie ułudy. W fenomenalnym Wierszu ze śniegu, inkrustowanym wersem ze Słowackiego: „Mówię – bom smutny – i sam pełen winy”, biel opada na próżność środowiska. Śnieg sypie na „mowę – trawę”, na „polemiki zajady i panegiryki”, na „kupione recenzje ukłony / wychodzone wymodlone krytyki”. Jest w tym wierszu przenikliwa, autoironiczna diagnoza literackiego światka, gdzie tytuły, berła i patyki zrównują się w trzeszczącym pod butem papierze. A metafora „zalotnej debiutantki sprzed lat”, która jako rzucona do kosza kula papieru rośnie niczym lawina w potwora z podwójnym językiem upiora, jest absolutnym mistrzostwem w ukazywaniu, jak nieszczere słowo mści się na twórcy. Śnieg u Grupińskiego kojarzy się jednak również z jasnością, ze wstrzymaniem oddechu, ze świętem. To właśnie tę świąteczną, niemal wigilijną czystość przyniósł mi środek lutego, kiedy otrzymałam od poety wyjątkowy, ręcznie spisany suplement do tego tomu – wiersz Wigilia 2025: „Siano oj siano w żłobku / sianko jak lelija / Ręce do nas wyciąga / przetrącone połamane / Boża Dziecina / Pewnie był tam / gdzie była Ukraina”. W tym geście, próbującym przedłużyć czas bożonarodzeniowego światła w mroźnym lutym, Grupiński udowadnia, że prawdziwa poezja zawsze reaguje na ból świata, na „przetrącenie” historii.

Druga część książki przynosi uciszenie środowiskowego gwaru na rzecz głębokiej metafizyki i intymności. Grupiński z wirtuozerią operuje w niej skrótem, czego dowodem jest beztytułowy wiersz: „I pękła w świt ciemność nocy / w promień / Jakby Bóg w chmurze otworzył usta / przetarł oko i powiedział / jasną samogłoskę słońca”. Światło staje się tu dźwiękiem, a akt stworzenia ma charakter lingwistyczny. Bóg nie tyle lepi świat z materii, co go wypowiada.

Jednak to, co w liryce osobistej Grupińskiego uderza najmocniej, to jego niezwykła, wręcz bolesna empatia. Zatrzymuje nas wiersz Anna, dedykowany A.K.N. Choć użycie samych inicjałów może budzić w czytelniku pewien opór, wywołując wrażenie niepotrzebnej asekuracji czy lęku przed pełnym odsłonięciem podmiotu, to sam tekst uderza szczerością absolutną. Wiersz brzmi: „Jeszcze się nie urodziłam / ale ojciec już wiedział / - będę chłopcem / Jestem Michał – mówiłam / Nosiłem spodnie / Darłem ciąłem sukienki / Gryzłem ręce czeszące mi włosy / Rzucałem do pieca lalki / Stałem grałem na bramce / I miałem swoją bandę […] Mój wysoki kobiecy głos / Czekam na mutację / Ten chłopiec wciąż / dyszkantem śpiewa we mnie”. To utwór, który z wielkim kunsztem i czułością dotyka tajemnicy niedopasowania, pęknięcia między formą a treścią człowieka. Grupiński wchodzi tu w przestrzeń cudzego cierpienia z niezwykłym taktem. Ukazuje dramat uwięzienia w narzuconej biologii i społecznych oczekiwaniach („gryzłem ręce czeszące mi włosy”). Pointa wiersza – w której wewnętrzny chłopiec wciąż śpiewa dyszkantem z głębi dojrzałej, kobiecej krtani – jest wstrząsającym obrazem tożsamościowego uwięzienia i niespełnienia. Poeta nie ocenia, poeta słucha tego śpiewu z najwyższą uwagą.

Epiki towarzyskie... można odczytywać jako poetyckie dopełnienie autobiograficznej prozy autora, Chleba od zająca. Powstaje w ten sposób wspaniały dyptyk. Tom ten jest zjawiskiem niezwykłym, a jego siła nie leży w prostej „zdolności ocalania pamięci” – to byłoby stwierdzenie zbyt powierzchowne. Prawdziwa moc tej poezji tkwi w czymś, co nazwałabym alchemią obecności. Jerzy Grupiński bierze rozsypane, bolesne, niekiedy komiczne okruchy cudzych i własnych życiorysów i przetapia je w konstelacje sensu, udowadniając, że słowo potrafi pokonać czas.

 

---------------------------------------------------------

Jerzy Grupiński, Epiki towarzyskie i kilka wierszy osobistych, Bogucki Wydawnictwo Naukowe, Poznań 2025.