Sefer - Ewa Lipska

Autorka recenzji: Irmina Kosmala
Pamięć wpisana w ciało. O „Seferze” Ewy Lipskiej
Są książki, po które sięgamy przypadkiem, lecz są też takie, które trafiają do nas jak znak -przez czyjeś czułe rozpoznanie, przez gest przyjaźni, przez uważność drugiego człowieka.
Tak było z Seferem.
Egzemplarz tej książki otrzymałam od przyjaciółki po piórze, poznańskiej poetki Teresy Tomsi. I nie był to podarunek przypadkowy. Teresa, podczas tegorocznego autorskiego spotkania z Ewą Lipską, postarała się dla mnie o autograf autorki. Sam ten gest mnie wzruszył, ale jeszcze bardziej poruszyła świadomość, że książka została wydana przecież wiele lat temu - w 2009 roku, zatem Teresa najpewniej musiała pomyśleć o mnie wcześniej, zdobyć książkę z wyprzedzeniem, zachować i podarować w odpowiednim momencie. Podarunek ów stał się darem nie tylko książki, lecz także przyjaźni.
Autorka Chłodnych strug wiedziała, jak bliski jest mi temat wiedeńskiej psychoterapii, jej trzech szkół, z myślą Viktora Frankla na czele. Wiedziała, że logoterapia, pytania o sens, pamięć, cierpienie i duchowy wymiar ludzkiego losu wracają w mojej twórczości nieustannie. Dlatego Sefer trafił do mnie nie tylko jako literatura, ale niemal jako rozmowa rozpoczęta wcześniej i podjęta we właściwej chwili.
Moje spotkanie z twórczością Ewy Lipskiej miało zresztą również swój ważny, osobisty prolog. Autorkę Sefera poznałam podczas spotkania autorskiego 31 sierpnia 2023 roku, w ramach gnieźnieńskich „Pretekstów” - wydarzenia, które od lat budowane jest wokół trzech pięknych idei: zbliżenia, inspiracji i spotkania. Tamtego wieczoru wszystkie one splotły się w jedno doświadczenie obcowania z Pięknem przez wielkie „P”.
Rozmowę brawurowo poprowadził Dawid Jung - poeta, pisarz, publicysta, redaktor naczelny „Zeszytów Poetyckich”. Już jego pierwsze pytanie - odważne i celne: „Czy poezja przeżyje?” - wywołało na sali poruszenie. Lipska odpowiedziała z właściwą sobie lekkością i ironią, że trzeba by jej dać co najmniej pięćdziesiąt lat, by to sprawdzić. Mówiła o kapryśnej modzie na twórców, o wielkich nazwiskach, które rozsypują się w pył niepamięci mimo nagród i splendorów. Były również pytania o to, czy można nauczyć poezji. O nowe technologie. O outsiderstwo. O literackie środowiska. I o samotność twórcy. I był ten niezwykły moment, kiedy poetka przeczytała Dyktando - wiersz celny, ironiczny, bolesny. Wiersz, który jak wiele tekstów Lipskiej wydaje się jednocześnie żartem i diagnozą.
Byłam tam. Słuchałam. I chyba właśnie wtedy po raz pierwszy naprawdę poczułam temperaturę jej słowa. Może dlatego, gdy sięgnęłam po Sefer (z hebr. „sefer” to księga), wchodziłam w tę lekturę z całym bagażem czytelniczych przyzwyczajeń. Lipska jest przecież dla wielu z nas przede wszystkim poetką - bezlitosną i precyzyjną, taką, która słowem potrafi ciąć jak ostrzem. Jej wersy nie tyle opisują rzeczywistość, ile ją sekcjonują. Tym większa była moja ciekawość: co stanie się, gdy autorka tej gęstej, skondensowanej poezji wejdzie w przestrzeń powieści? Czy jej język zachowa temperaturę? Czy nie rozwodni się w fabule?
Pierwsze spotkanie z Seferem nie było łatwe. Wręcz przeciwnie. Początkowo czytałam tę książkę z pewnym oporem, jakby między mną a tekstem stanęła szyba. Źródłem tego dystansu okazała się narracja. Lipska oddaje bowiem głos mężczyźnie, Janowi Seferowi, wiedeńskiemu psychiatrze. To on prowadzi nas przez tę opowieść, filtrując przez siebie pamięć, traumę, niepokój i rozpadający się świat. I właśnie ten męski głos z początku mnie uwierał.
Słuchałam go, a jednocześnie nasłuchiwałam Lipskiej. Szukałam w zdaniach wypowiadanych przez bohatera znajomej kobiecej frazy, tego charakterystycznego nerwu jej poezji. Momentami miałam nawet wrażenie, jakby bohater nosił na sobie nieco za ciasny garnitur cudzych myśli: pięknych, inteligentnych, ale nie do końca skrojonych na jego miarę. Narracja pierwszoosobowa w męskim wydaniu wymagała ode mnie przestrojenia się, odrzucenia dawnych oczekiwań i wejścia w obcy rytm.
A potem nagle coś się zmieniło. W pewnym momencie przestałam „sprawdzać”, czy ten głos jest wiarygodny. Zaczęłam słuchać. I wtedy odsłoniło się to, co w tej książce najcenniejsze: język. Bo Sefer nie jest powieścią, którą się po prostu czyta. Sefer się chłonie, a chwilami wręcz się nim dławi.
Lipska buduje świat na granicy jawy, groteski i poetyckiego absurdu:
„Spadł na miasto nagle jak grzech. Na ulicy Świętego Marka wynajął hotel. Do księgi meldunkowej wpisał nazwisko: Jan Sefer. Jakiś Turek albo cudzoziemiec, albo mason. Polak na pewno nie. Polak nazywa się przecież po polsku. Co robił w mieście, kiedy nic nie robił? Wpadał czasem do Limeryku i wypijał kawę albo kieliszek zielonego wina. Podobno jadł mgłę…” (105 i n.)
Świat wiedeńskiego psychiatry jest chłodny, wilgotny, wyjałowiony, przesycony egzystencjalnym zmęczeniem. A jednak w tej duszności pulsuje poezja. Lipska nie opisuje rzeczywistości, lecz ją rozpoznaje, stawia diagnozę, zapisuje jej objawy. Jej metafory nie są ozdobnikami. Są za to jak nagłe ukłucia, jak medyczne narzędzia dotykające najbardziej unerwionych miejsc.
„Wchłonęła mnie lepka wilgoć miasta” - powie bohater.
I nagle czujemy tę wilgoć na własnej skórze. Czujemy ciężar ulic, lepkość murów, duszną atmosferę miasta, które nie tyle istnieje, ile oblepia człowieka. To jedno zdanie niesie w sobie osaczenie, bezradność i zmęczenie życiem.
Jeszcze mocniej wybrzmiewa inny fragment:
„Czułem zwiększoną krzepliwość powietrza”.
To zdanie z kolei staje się niemal fizycznym doświadczeniem. Genialna synestezja: proces biologiczny przeniesiony na materię powietrza. Tlen zagęszcza się. Świat tężeje. Czytelnik zaczyna oddychać płycej. Właśnie tak działa Lipska. Ona nie opowiada o lęku, tylko go w nas uruchamia. W gruncie rzeczy Sefer okazuje się opowieścią o pamięci, która nie chce umrzeć. O pamięci dziedziczonej. O pamięci zapisanej w ciele.
Jan Sefer, wiedeński psychoterapeuta, człowiek zawodowo zajmujący się porządkowaniem cudzych psychik, sam jest wewnętrznie rozchwiany. Jego podróż do Krakowa śladami zmarłego ojca staje się czymś więcej niż podróżą geograficzną. Odczytuję to jako zejście w głąb cudzego życia, w głąb własnego pochodzenia, w głąb traumy, która być może nigdy nie była jego, a jednak zamieszkała w nim na dobre.
To właśnie tutaj najmocniej wybrzmiewa motyw, który nazwałabym „nukleinowym dziedzictwem”, a zatem pamięci zapisanej nie tylko w opowieściach, lecz niemal biologicznie, w tkance, krwi, oddechu. Sefer dźwiga wojenną traumę ojca jak coś odziedziczonego wraz z nazwiskiem. Jak gen. Jak wyrok.
Lipska znakomicie pokazuje absurd tego istnienia: człowiek mający leczyć cudze rozpadliny sam staje się pęknięciem. Człowiek mający nadawać sens cudzym historiom nie potrafi poskładać własnej.
I może właśnie dlatego ta książka rezonuje w nas tak mocno. Bo nawet jeśli narrator momentami pozostaje obcy, jeśli jego głos nie zawsze idealnie przylega do skóry opowieści, to przez te szczeliny przedostaje się najczystsza poezja. To ona niesie tę książkę. To ona sprawia, że Sefer nie rozpada się pod ciężarem własnych tematów. I to ona zostaje z czytelnikiem najdłużej - jak wilgoć miasta, jak ciężki oddech, jak powietrze, które nagle zaczyna krzepnąć.
Po lekturze tej książki zostaje we mnie nie tyle fabuła, ile atmosfera. Duszność. Chłód. Lepkość. I pamięć. A może właśnie to jest największa siła prozy Lipskiej: nie opowiadać historii, lecz wszczepiać je pod skórę? Kto wie.
------------------------------------------------------------------------
Ewa Lipska, Sefer, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009.
