Błąd w kodzie - Karol Pituła

Błąd w kodzie.jpg

Autor recenzji: Igor Frender

 

Karol Pituła i jego „Błąd w kodzie”. Poezja, która naprawdę ma własny głos


Współczesny rynek poetycki pęka w szwach od debiutów i kolejnych tomików. Piszą niemal wszyscy, lecz niewielu potrafi wypracować własną dykcję. Dominują powtarzalność, schemat i przekonanie autorów, że to właśnie oni przełamują konwencje, choć w rzeczywistości jedynie powielają te same wzorce. Oczywiście, warto pisać i niech poezja się mnoży, ale w tej gęstwinie przeciętności tylko nieliczne głosy potrafią wybrzmieć naprawdę mocno. Do nich należy Karol Pituła.

Jego twórczość wyróżnia się autentycznym poszukiwaniem oryginalności i, co ważniejsze, jej odnalezieniem. „Błąd w kodzie” nie jest książką udającą awangardę, lecz staje się nią tam, gdzie bunt i chaos są konieczne. Pituła konsekwentnie buduje swój język: wyrazisty, świadomy, wolny od pretensjonalności. Jego wiersze niosą filozoficzną refleksję o człowieku uwięzionym w społecznych mechanizmach i o desperackiej próbie wyrwania się z tych ram.

To poezja niepodporządkowana środowiskowym gustom ani modnym estetykom. Autor pisze tak, jak czuje, a ten głos rozpoznaje się od razu. Tom nie jest oparty na jednej „napompowanej” osi tematycznej, co dziś stało się częstą praktyką, lecz zachowuje spójność motywów i obrazów.

W warstwie językowej dominuje surowość i celna metafora. Wiersze Pituły tną rzeczywistość jak ostrze: bez przypraw, bez lukru. Równocześnie pojawia się w nich ironia i subtelny humor, ale nie po to, by rozwodnić sens, lecz by nadać mu wyrazistość. To ironia mądra, podszyta świadomością, która prowadzi do mocnych puent.


Pierwszy wiersz tomu „Dym” można czytać jako rodzaj manifestu poetyckiego. Utwór ten już od pierwszego obrazu: „Wypełzam z ust jak zmęczona ćma” wprowadza czytelnika w świat rozpadu, utraty konturów, zawieszenia. Podmiot liryczny nie tyle mówi o sobie, co dosłownie rozpływa się w powietrzu, stając się dymem: ulotnym, biernym, rozpraszającym się w przestrzeni.

To obraz człowieka zredukowanego do resztki bytu, do nieuchwytnego śladu. Jednocześnie pojawia się tu ironia: „może szkodliwy, ale i nieszkodliwy też może” – groteskowa, niemal gombrowiczowska fraza, która demaskuje absurd życia w zawieszeniu. W tym sensie „Dym” można porównać do utworów Becketta, w których bohaterowie trwają w nicości, niezdolni do działania, a zarazem boleśnie świadomi tej bezradności.
Co istotne, język wiersza nie ucieka w poetyzowanie. Jest brutalny, dosadny, wulgarny: „jaka sztampa, pierdolę to”. To moment świadomego zerwania z konwencją: ironiczne „wyplucie” poezji, które samo staje się poezją. Puenta: „jeszcze jeden oddech i znikam” nie pozostawia złudzeń. To egzystencjalny nihilizm, ale wyrażony z literacką precyzją:

Dym

Wypełzam z ust jak zmęczona ćma
ocieram się o blat baru, o szyjkę butelki
nikt mnie nie woła
ale wszyscy wdychają, bierni palacze

Kobieta przy barze ma oczy pełne czyjejś wódki
facet obok zgubił ostatni powód do życia
a ja unoszę się między nimi
może szkodliwy, ale i nieszkodliwy też może

Noc zaciąga się mną, a ja nią, kaszlemy
jaka sztampa, pierdolę to już chyba
jeszcze jeden oddech
i znikam, bo co tak będę się snuł i truł

 

„Dym” nie jest jedynie wierszem – to klucz do całego tomu, zapowiedź, że Pituła nie będzie „ładnie pisał”, lecz mocno i boleśnie diagnozował kondycję współczesnego człowieka.

Całość tomu cechuje szczerość i brak kalkulacji. Poeta nie szuka legitymizacji w instytucjach, nie zabiega o prestiż wydawniczy, działa niezależnie – i to działa na jego korzyść. Jego głos nie potrzebuje pieczęci środowiskowego uznania. Jest wyraźny, osobny, autentyczny.


Na uwagę zasługuje także intelektualne zaplecze autora. Filozof z wykształcenia, absolwent pracy magisterskiej poświęconej antyutopiom Witkacego, wnosi do poezji refleksję rzadko obecną w debiutach. „Błąd w kodzie” nie jest produktem emocjonalnego impulsu ani próbą wpisania się w modne style „pomiędzy Instagramem a traumą”. To poezja przemyślana, świadoma i spójna, pełna ukrytych odniesień filozoficznych, jak choćby do koncepcji Schellingera.


Karol Pituła już w debiucie znalazł własny język i za to należy mu się uznanie. „Błąd w kodzie” to książka, która zasługuje na uwagę nie tylko ze względu na treść, ale przede wszystkim dlatego, że w niej naprawdę słychać głos poety, którego nie da się pomylić z żadnym innym.