Spoina - Irmina Kosmala

Autor recenzji: Dziad z Kiełczowa
OSTRZEŻENIE PRZED SZTORMEM
W podziękowaniach na ostatniej stronie swojej powieści „Spoina”, wydanej w roku 2026 przez Zeszyty Poetyckie z Gniezna autorka, Irmina Kosmala pisze, między innymi, że pragnie podziękować prof. Romanowi Kubickiemu za cyt. „porównanie mojej prozy do dzieł Zofii Nałkowskiej, które było dla mnie nieocenionym wyróżnieniem i inspiracją.” Po tak skromnym cytacie na zakończenie nie wiem zupełnie jak wrócić do początku, czyli zacząć tę recenzję w taki sposób, aby sprostać porównaniom profesorskiej głowy. Nie jest łatwo i trochę się boję, bowiem dowiaduję się, że autorka skończyła dwa kierunki – polonistykę i filozofię oraz, że projekt książki zrealizowano w ramach stypendium Marszałka Województwa Wielkopolskiego. W kilku słowach zachęty na okładce od redaktora i wydawcy, Dawida Junga (prywatnie mojego znajomego, żeby nie było), dowiaduję się, że "Spoina" to powieść brawurowa, w której obłęd przestaje być anomalią i tak dalej - czyli niemal "Lot nad kukułczym gniazdem". Dużo tych słów, i muszę od razu jako skromny psycholog się podłożyć i powiedzieć krótko, coś co zaraz rozwinę - nie, nie udało się.
Zacznijmy może od tego dlaczego nie Nałkowska i jej "Medaliony", bo rozumiem, że do tego emblematycznego dzieła polskiej pisarki porównywał profesor Kubicki pracę swojej magistrantki. Odpowiedź jest prosta - Nałkowska nie zmyślała, "Medaliony" wydane w roku 1946 były poparte jej pracą w Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce i jako takie - tak pod względem językowym jak i fabularnym przylegają bardzo mocno do wydarzeń i osób autentycznych zaś styl jest tutaj powściągnięty, fikcja ograniczona do niezbędnego minimum. Czuje się ciężar doświadczenia piszącej, który przewyższa wielokrotnie tych kilka okruchów, które postanowiła zachować i zostawić w formie bardziej przypominającej reportaż niż prozę.
Problem z książką Irminy Kosmali, jeden z wielu jaki się pojawia to ten, że postanowiła zbudować przekonującą fikcję, w ramach której zmieści przekonujących bohaterów, którzy przechodzą metamorfozy, świat, który będzie się przepoczwarzał - być może halucynogennie, być może onirycznie i jeszcze umieści tam coś z filozofii, coś z historii i splecie to fabułą. A to wszystko na 203 stronach - po składzie DTP, czyli na moje oko nie więcej niż 100, może 150 stronach znormalizowanego maszynopisu. No i niestety - tak się nie da, a jeżeli się da, to tylko nielicznym, którzy posiedli naprawdę jakiś unikalny talent. To za mało miejsca, za mało czasu żeby zbudować bohaterów, zawiązać akcję, stworzyć światy i przekonująco je połączyć. A skoro tak się nie da, może trzeba było zdecydować się na mniej wątków? W kompozycji tej książki nic się ze sobą nie łączy, wszystko jest wrzucone, poustawiane jak kartonowe figurki na planszy jakiejś starej gry, sprzed ery plastikowych pionków.
Ktoś powie - nie rozumiesz, to powieść filozoficzna i stawia ważne pytania. Odpowiem - od użycia nazwisk kilku filozofów i włożenia w usta kartonowych postaci akapitów wypracowania studenta pierwszego roku powieść nie staje się filozoficzna tylko nieznośnie retoryczna. Powieść wymaga czasu, skupienia i zdolności obserwacji, którą potem można przekuć na przykład w charakterystykę miejsca i postaci. Ale na to potrzeba czasu i wizji. Tymczasem mamy tutaj bohaterów, którzy są sportretowani nie poprzez ich cechy ale pseudonimy jakie nadaje im narratorka. Mamy zatem Nietschego, Schopenhauera, zwanego też Chopinem, jest Maria Curie, jest Diogenes, Hiob, Paraklet. Czegoś o nich się dowiadujemy, ale nie za wiele. Wszyscy znajdują się w Szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych, zwanym "Dzienkanką", w Gnieźnie i tamże toczą swoje dysputy. Być może miałem niewiele styczności z osobami dotkniętymi cierpieniem na tle psychicznym, ale niestety ich rozmowy nie brzmią w moim uchu wiarygodnie, a powinny brzmieć. Żeby nie być gołosłownym, oto w jednej z dyskusji, bohater nazwany Diogenesem mówi do jednego z adwersarzy „[…]Przykryj nasz smród kadzidłem. Nasze egzystencjalne kłamstwo sensu istnienia”(s.88). Egzystencjalne kłamstwo sensu istnienia. Naprawdę. I ci pacjenci mówią tak cały czas.
Innych chorych nie ma, chyba że jako bezimienne tło, masa, ci którzy nie potrafią tak pięknie, filozoficznie formułować tez dotyczących swojego cierpienia - w zasadzie w powieści nie istnieją, nie ma dla nich miejsca ani czasu. Przy czym nie dowiemy się też za wiele na jakie choroby cierpią główni bohaterowie. Owszem dowiemy się co ich spotkało w życiu – jednego rzuciła kobieta, drugiemu dom się spalił z rodziną w środku i tak dalej. Ale w tej powieści, która próbuje ponoć podjąć problem zła w świecie nie ma choroby, upośledzenia, cierpienia, które przyszło bo przyszło jak nowotwór, gruźlica, ospa - bez wyraźnej przyczyny. Zło jest tutaj zawsze złem, które ma logiczną przyczynę. Nie ma ani słowa o tym, że choroba - także psychiczna - może zwyczajnie się przytrafić, a cierpienie przez nią powodowane nie staje się od tego mniejsze. Przypadkowość jako jedna z sytuacji granicznych, o których pisał Karl Jaspers tutaj nie istnieje. Może po prostu na studiach, które kończyła autorka nie było Jaspersa w programie, ale o przypadkowości jako jednej z form zła toczącego ten świat nie mówił tylko Jaspers. Mówi się za to na stronach "Spoiny, w kontekście psychiatrii, a przypomnę, że mamy rok 2026 – o chorobach duszy. Tym samym pensjonariusze "Dziekanki" w tym świetle jawią się jako romantycy niedopasowani do nieludzkiego świata, a nie ludzie cierpiący na konkretne zburzenia psychiczne. Ja wiem, że to bardzo popularne - romantyzacja chorób psychicznych, to się dobrze sprzedaje określonym odbiorcom i odbiorczyniom, ale jest śmiertelnie groźne społeczne. To są choroby, takie same jak choroby somatyczne i trzeba je leczyć z poszanowaniem praw jednostki, poszanowaniem godności osoby ludzkiej, ale leczyć, a nie sztucznie uwznioślać.
Więcej na DZIAD Z KIEŁCZOWA
(dostęp: 22.03.2026)
