Wskrzeszenie Łazarza - Irmina Kosmala

rembrandt-wskrzeszenie-lazarza-1293x1536.jpg

Wskrzeszenie Łazarza, Rembrandt, 1630

 

Kiedy przystępowałam do pisania pierwszej powieści, byłam przekonana, że będzie ona przede wszystkim traktatem filozoficznym -  elegancko przebranym za prozę. Chciałam podzielić się z czytelnikiem wiedzą wyniesioną ze studiów, podać ją możliwie strawnie, choć bez nadmiernego rozcieńczania. Tymczasem w trakcie pracy - jak to zwykle bywa z ambicjami - książka zaczęła żyć własnym życiem i skręciła w stronę teologii, stanowiąc dla mnie ważną podpowiedź, że filozofia bez metafizyki jest tylko dobrze uargumentowaną bezradnością.

Jednym z takich nieplanowanych, a może właśnie najuczciwszych momentów jest scena, w której Ewa pyta duchownego o motywację Jezusa - motywację, która zdaje się przeczyć sensowi Jego przyjścia. Przyniósł przecież obietnicę życia nowego, a życie doczesne określił jako próbę, przejście, przedsionek. Dlaczego więc przywraca Łazarza światu, z którego - jeśli wierzyć tej logice - właśnie został wybawiony? Moja bohaterka, mimo spektakularności cudu, nie znajduje w nim spójności:

(…) rodzina Łazarza miała szczęście. Stał obok nich Mesjasz i cudotwórca. Nie dziwię się więc wcale, że wykorzystała okazję i poprosiła o przywrócenie ukochanego członka rodziny światu. Zastanawiam się tylko, dlaczego Jezus na to przyzwolił. Ojcze, dlaczego dopuścił do jego powrotu? Dlaczego nie przekonał zrozpaczonej rodziny, że ich ukochany jest już w raju, że jest bezpieczny?

(…)

– Szczerze mówiąc, nigdy się nad tym nie zastanawiałem, a to bardzo ciekawa myśl – duchowny uśmiechnął się niespodziewanie. – Trudno mi jednak do niej się jednoznacznie ustosunkować, ponieważ autor biblijny nie stawia sobie pytań takich, jakie my dziś stawiamy. Skoro nie stawia tych pytań, to znaczy, że nie interesuje się tym aspektem i nie udziela na nie odpowiedzi. Stąd respektując Sitz in Leben, siedlisko  życiowe tekstu, nie możemy oczekiwać, aby tekst udzielił nam odpowiedzi na wszystkie interesujące nas pytania. Ale spróbujmy. Po pierwsze: skąd wiadomo, że Łazarz po śmierci trafił do raju?

 

Na ustach Ewy pojawił się pytyjski uśmiech. Pomimo ciążącego na nim wieku, nie stracił bystrości umysłu. Nigdy się nad tym nie zastanawiał, a przechytrzył ją odpowiedzią w jednej sekundzie.

 

– Być może dlatego Jezusowi łatwiej było go ponownie przywrócić światu – kontynuował duchowny. – Poza tym, myślę, że przesłanie tekstu jest także takie: przyjaźni z Jezusem nie zrywa nawet śmierć. Jest silniejsza od śmierci i ostatecznie prowadzi do „odzyskania” życia. A potwierdzeniem jest właśnie reanimacja Łazarza. Jest to ważna prawda dla wierzących: wspólnoty i jedności z Jezusem nie może rozerwać nawet śmierć. Zatem związanie się z Jezusem jest gwarancją życia, gdyż On jest Panem życia, co potwierdza wskrzeszenie, a potem jeszcze bardziej zmartwychwstanie Jezusa…

Nareszcie mógł wypowiedzieć się na temat, którego wcześniej nigdy dotąd z nikim, nawet z sobą samym, nie poruszał, ale którego zaczyn jakby zawsze nosił w sobie. Te wszystkie myśli, pytania o Eden, niezawinioną winę Hioba i jego ziemski „czyściec”; w końcu to, które padło przed chwilą – o wskrzeszenie umarłego – gdzieś tam się w nim zawsze kotłowały. Cieszył się z tej rozmowy oraz z tego, że się nie ukrywa, że znów jest słyszany.  (Złuda 2020, str. 94-95)

 

To napięcie między metafizyką a ludzkim odruchem wydaje mi się jednym z najbardziej frapujących momentów Ewangelii. Duchowny odpowiada ostrożnie, ale nie bez błysku: odwołuje się do kontekstu, do „Sitz in Leben”, przypominając, że tekst biblijny nie jest podręcznikiem odpowiedzi na wszystkie pytania, które przychodzą nam do głowy dwa tysiące lat później. A jednak - i to najciekawsze - próbuje odpowiedzieć.

I nagle rozmowa, która mogła pozostać akademicka, zaczyna pulsować czymś żywym. Pojawia się myśl, że przyjaźń z Jezusem nie podlega prawom biologii, że śmierć nie jest w stanie jej rozwiązać, a raczej, paradoksalnie, potwierdza jej trwałość. Wskrzeszenie Łazarza przestaje być jedynie cudem, a staje się znakiem: nie tyle triumfu nad śmiercią, ile jej relatywizacji.

Duchowny - jak to bywa z ludźmi, którzy długo milczeli - nagle mówi więcej, niż sam się spodziewał. I może właśnie dlatego jego słowa mają ciężar: nie są wyuczone, lecz wydobyte. Z miejsca, gdzie pytania fermentują latami.

 

Dodaje jeszcze jedną myśl, równie niepokojącą: że powrót Łazarza nie był dla niego tragedią. W perspektywie starotestamentowej życie po śmierci nie było przecież rajem, lecz oczekiwaniem, Szeolem. Powrót oznaczał więc nie cofnięcie nagrody, ale odzyskanie możliwości zasługiwania. W tym sensie cud Jezusa nie jest sprzecznością, lecz konsekwencją.

 

  •  

Kiedy Zofia Nałkowska opublikowała Granicę (1935), była przekonana - podobnie jak ja po Spoinie (2026) - że osiągnęła szczyt swoich możliwości. Historia literatury, jak wiadomo, lubi takie przekonania weryfikować. Po entuzjastycznych recenzjach przyszły głosy krytyczne, czasem bezlitosne. Stefan Kołaczkowski zarzucał jej pretensjonalność i relatywizm etyczny. Efektem stała się myśl o złamaniu pióra.

Ten moment zawahania jest mi dziwnie bliski.

Przez chwilę rozważałam, czy opublikować na łamach „Kuźni Literackiej” paszkwil podpisany przez Dziada z Kiełczowa -  tekst zjadliwy, momentami bardziej osobisty niż literacki. Ostatecznie jednak uznałam, że zamiast polemiki lepszym rozwiązaniem będzie coś radykalnie prostszego i - paradoksalnie - rzadziej spotykanego: dopuścić do głosu wszystkich publicystów. Niech czytelnik sam oceni ów wielogłos. Literatura nie jest sądem, choć czasem lubi udawać, że nim jest.

Mój krytyk zaczyna od podziękowań i w zasadzie na nich buduje personalny atak. Zarzuca mi brak kompetencji: filozoficznych, filologicznych, psychologicznych, a nawet poetyckich. Z tym ostatnim zgadzam się bez oporu. Rzeczywiście - poetką nie jestem. I dlatego nie piszę wierszy, lecz zapożyczam je od tych, którzy to potrafią. To jedna z form uczciwości, na jakie mnie stać.

 

  •  

Praca nad książką kosztowała mnie więcej, niż przypuszczałam  czasu, energii i cierpliwości. Zaproponowałam nawet wydawcy dołączenie bibliografii, żeby pokazać skalę kwerendy. Odmówił. Być może słusznie. Czytelnik ostatecznie chce książki, nie wykazu lektur jak w naukowej rozprawie.

Pisząc o zagładzie pacjentów szpitala „Dziekanka” w Gnieźnie w ramach akcji T4, świadomie zrezygnowałam z podawania nazwisk. Nie z braku szacunku. Przeciwnie. Chciałam, by książka stanowiła uniwersum, nie archiwum. By postaci: Szymona Słupnika, Parakleta, Hioba, Diogenesa, Schopenhauera czy Nietzschego uniosły w sobie wszystkich, których już nie ma.

Nazwiska zostały zapisane gdzie indziej  - choćby u Karola Soberskiego w Zapomnianej zbrodni. Natomiast ja próbowałam zapisać coś trudniejszego: pamięć bez katalogu.

 

  •  

W końcowej scenie Ewangelii według św. Jana Jezus mówi: „Ojcze, dziękuję Ci, że mnie wysłuchałeś”. To zdanie zawsze mnie porusza  bo jest proste, a jednocześnie niewyczerpywalne.

Dlatego i ja dziękuję.

Nie tylko tym, którzy przeczytali książkę do końca - co przy jej ciężarze nie jest rzeczą oczywistą -  ale także tym, którzy zechcieli się nad nią zatrzymać, pomyśleć, zaprotestować, czasem nawet się oburzyć. To wszystko jest formą czytania.

Dziękuję (w kolejności publikacji recenzji na łamach „Kuźni Literackiej”):

AGNIESZCE LANGE

TERESIE TOMSI

DAWIDOWI JUNGOWI

DAGMARZE KACPEROWSKIEJ

IGOROWI FRENDEROWI

MARII AKIDZIE

BARBARZE KOWALEWSKIEJ

JAROSŁAWOWI MIKOŁAJCZYKOWI

DZIADOWI Z KIEŁCZOWA

 

Za wielogłos -  który, wbrew pozorom, nie rozprasza sensu, lecz go pogłębia.

                                                          Irmina Kosmala