Upiór w masce - Igor Frender

Autorka recenzji: Irmina Kosmala
Mordercze cienie i maski w zaułkach kruszwickich ulic…
Po Mamy sztorm sięgnęłam z oporem, bojąc się konfrontacji z ciemnością bliskiego człowieka. Po Upiora w masce z kolei sięgnęłam z lękiem innego rodzaju. Czy poeta, którego frazy są jak precyzyjne cięcia skalpelem, potrafi odnaleźć się w rygorze prozy gatunkowej? Czy kryminał – forma z definicji domknięta, logiczna, dążąca do rozwiązania – nie okaże się dla Frendera gorsetem zbyt ciasnym, a dla mnie, czytelniczki przyzwyczajonej do jego „poetyki defektu”, rozczarowaniem?
Akcja przenosi nas do Kruszwicy schyłkowego PRL-u. To nie jest jednak miasto z pocztówki, a raczej mroczny rewers legendy o Popielu. Wybór miejsca i czasu nie jest przypadkowy. PRL w ujęciu Frendera to nie tylko scenografia. To sposób istnienia, w którym „udawanie” staje się podstawową strategią przetrwania.
Główny bohater, kapitan Jan Jedyna, to postać skonstruowana na fascynującym dysonansie. Oficjalnie: funkcjonariusz Milicji Obywatelskiej, cynik dzielący ludzi na „inteligentnych” i „nieczytaczy”. Prywatnie: ukryty poeta, wrażliwiec uciekający w wersy przed szarością milicyjnej komendy. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Jedyna to porte-parole samego autora, albo raczej jego cień rzucony na dekadę lat 80. To właśnie w nim najwyraźniej widać pomost między Mamy sztorm a prozą: Jedyna pije i prowadzi śledztwa, ale tak naprawdę próbuje nadać sens światu, który sensu nie posiada.
Intryga zawiązuje się wokół opuszczonego domu naprzeciwko liceum im. Kasprowicza. Znalezione tam zwłoki są makabrycznym żartem z logiki śmierci: ofiara wygląda, jakby zabito ją trzy razy. Ten nadmiar, groteskowe przerysowanie, to ukłon w stronę estetyki giallo i kina klasy B, do których Frender ma słabość. Jednak pod tą jaskrawą, niemal kampową powłoką, kryje się chłodna diagnoza społeczna.
Tytułowy „Upiór” i motyw maski stają się kluczem do odczytania tej powieści. W mieście, gdzie „zegar tyka na niby”, a rzeczywistość jest z „przemokłej tektury”, maska przestaje być kamuflażem. Staje się jedyną dostępną prawdą. Mieszkańcy Kruszwicy, ogarnięci lękiem przed zapowiadanym końcem świata, wchodzą w role, bo tylko w niej czują się bezpieczni. Mamy tu do czynienia ze swoistym teatrem absurdu, w którym śledztwo prowadzone przez Jedynę nie służy jedynie wskazaniu winnego, ale obnażeniu mechanizmów zbiorowej psychozy.
Frender nie rezygnuje ze swojego stylu. Nawet w prozie jego język pozostaje gęsty, czasami wręcz poetycki, a obserwacje bezlitosne. Opisy Kruszwicy, dusznej, zawieszonej między historią a beznadzieją teraźniejszości, są mistrzowskie. To miasto, w którym „nieobecność zasiada do stołu” równie często, co w wierszach poety. Alkohol leje się tu strumieniami, ale nie daje zapomnienia, jedynie wyostrza kontury brzydoty.
Szczególnie uderzające są momenty, gdy kryminalna intryga ustępuje miejsca egzystencjalnej refleksji. „Upiór w masce” pyta o tożsamość w systemie, który tożsamość zaciera. Czy doktor w masce, przewodzący grupie „wybranych”, jest szaleńcem, czy może jedynym, który zrozumiał zasady gry? Frender zdaje się sugerować, że w rzeczywistości totalnego udawania, tylko ten, kto świadomie zakłada maskę, zachowuje resztki sprawczości.
To nie jest kryminał, który czyta się dla samego rozwiązania zagadki ("kto zabił?"). To powieść o tym, co zostaje, gdy zdejmiemy maski, a pod spodem nie znajdziemy twarzy, lecz kolejną warstwę pustki. Frender bawi się konwencją, miesza grozę z humorem, a śmiech, który wywołuje, więźnie w gardle.
Upiór w masce to lektura wciągająca, choć niewygodna. Jeśli szukacie w kryminale pocieszenia, że porządek zostanie przywrócony – to nie ten adres. Tutaj porządek staje się tylko kolejną iluzją.
---------------------------------------------------------------------------
Igor Frender, Upiór w masce, Wydawnictwo CM, Warszawa 2023.
